31.07.2024, 02:05 ✶
Argument wyłożony przez Oleandra był non sequitur. To, że Desmond nie był szczęśliwy, nie miało żadnego związku z tym, że nie robił nic, co mogłoby rozzłościć jego rodziców. Wątpliwym było samo to, czy faktycznie był nieszczęśliwy - bo dlaczegoż miałby być? Istniały w jego życiu kwestie, z których nie był dumy i nad którymi musiał pracować, ale nie porwałby się na tak kategoryczny opis przeżywanych przez siebie emocji. Musiał po prostu bardziej się starać i być świadomym, że wszystkie zmiany wymagały cierpliwości.
– Ja jestem w dyskomforcie. Już teraz. – burknął.
Kilka długich minut obserwował, jak barwy pstrzące ogród rezydencji Blacków powoli gasną. Księżyc jeszcze nie był na tyle wysoko, aby rozproszyć swoim światłem gęstniejący mrok wilgotnego, niebieskawego zmierzchu. Starając się utrzymać wymykający mu się z rąk spokój, analizował to, co właśnie się wydarzyło.
Prędko zorientował się, że Oleander wcale nie był w tym układzie zwierzyną. Budziło w nim to tępą frustrację. Nie cierpiał, kiedy rzeczywistość odmawiała przestrzegania zasad znajomego mu porządku. Bał się, że zbyt wiele odstępstw od normy doprowadzi do tego, że utonie w mętnej złożoności świata.
Oderwał wzrok od okna i dopił resztę drinka, ale nie wypuścił z dłoni pustej szklanki. Parę sekund przyglądał się resztkom lodu topiącego się na jej dnie, później, z wyraźnym trudem, spojrzał w twarz Oleandra. Nie był w stanie zobaczyć emocji malujących się na niej, ledwo rozpoznawał kształt jego oczu i ciemną linię ust. Nadawało mu to pewnej enigmatyczności, która w tej chwili wydawała mu się swawolna i złośliwa, może nawet w pewien sposób diabelska.
– Prześladujesz mnie w snach – stwierdził lub zapytał, po tonie nie dało się tego odgadnąć.
Przesunął wzrokiem po nienaturalnie wyraźnych krawędziach głębokiego dekoltu koszuli Oleandra, który szpicem spełzał od jego szyi aż po pierś, i niżej, i niżej, coraz niżej. Nawet w ciemności był w stanie dostrzec, że za nisko. Jeśli miałby porównać Croucha do demona, byłby inkubem.
– To nie był mój sen był on – mówił sucho, patrząc w przestrzeń. – On był. Twój. Sam go na mnie zesłałeś. Kolejna twoja sztuczka.
Zastanawiał się, czy za wspomnieniem jego obrazów kryła się ta sama wiadomość, co za dwoma poprzednimi pozornie oderwanymi od obecnej sytuacji komentarzami. Był w stanie wyobrazić sobie to, że Oleander zaglądał do większej liczby jego snów, że wiedział już znacznie więcej, niż w swojej naiwności się spodziewał, gdy wysyłał do niego namalowany akwarelami portret.
– Wiesz jakie to są. Obrazy nie musisz kłamać – powiedział, ruszając nagle w kierunku chłopaka.
W powietrzu czuć było jego gniew i jego lęk, gdy stanął przed nim w milczeniu i zmierzył go pustym wzrokiem.
– Ja jestem w dyskomforcie. Już teraz. – burknął.
Kilka długich minut obserwował, jak barwy pstrzące ogród rezydencji Blacków powoli gasną. Księżyc jeszcze nie był na tyle wysoko, aby rozproszyć swoim światłem gęstniejący mrok wilgotnego, niebieskawego zmierzchu. Starając się utrzymać wymykający mu się z rąk spokój, analizował to, co właśnie się wydarzyło.
Prędko zorientował się, że Oleander wcale nie był w tym układzie zwierzyną. Budziło w nim to tępą frustrację. Nie cierpiał, kiedy rzeczywistość odmawiała przestrzegania zasad znajomego mu porządku. Bał się, że zbyt wiele odstępstw od normy doprowadzi do tego, że utonie w mętnej złożoności świata.
Oderwał wzrok od okna i dopił resztę drinka, ale nie wypuścił z dłoni pustej szklanki. Parę sekund przyglądał się resztkom lodu topiącego się na jej dnie, później, z wyraźnym trudem, spojrzał w twarz Oleandra. Nie był w stanie zobaczyć emocji malujących się na niej, ledwo rozpoznawał kształt jego oczu i ciemną linię ust. Nadawało mu to pewnej enigmatyczności, która w tej chwili wydawała mu się swawolna i złośliwa, może nawet w pewien sposób diabelska.
– Prześladujesz mnie w snach – stwierdził lub zapytał, po tonie nie dało się tego odgadnąć.
Przesunął wzrokiem po nienaturalnie wyraźnych krawędziach głębokiego dekoltu koszuli Oleandra, który szpicem spełzał od jego szyi aż po pierś, i niżej, i niżej, coraz niżej. Nawet w ciemności był w stanie dostrzec, że za nisko. Jeśli miałby porównać Croucha do demona, byłby inkubem.
– To nie był mój sen był on – mówił sucho, patrząc w przestrzeń. – On był. Twój. Sam go na mnie zesłałeś. Kolejna twoja sztuczka.
Zastanawiał się, czy za wspomnieniem jego obrazów kryła się ta sama wiadomość, co za dwoma poprzednimi pozornie oderwanymi od obecnej sytuacji komentarzami. Był w stanie wyobrazić sobie to, że Oleander zaglądał do większej liczby jego snów, że wiedział już znacznie więcej, niż w swojej naiwności się spodziewał, gdy wysyłał do niego namalowany akwarelami portret.
– Wiesz jakie to są. Obrazy nie musisz kłamać – powiedział, ruszając nagle w kierunku chłopaka.
W powietrzu czuć było jego gniew i jego lęk, gdy stanął przed nim w milczeniu i zmierzył go pustym wzrokiem.