01.08.2024, 16:50 ✶
Czarownica nie przejmowała się miłościwie im panującą Ministrą Magii, zupełnie tak jak niegdyś nauczyła się nie przejmować Leach’em. Przychodzili - odchodzili, a ona od lat tkwiła w tych samych czterech ścianach gabinetu, błądząc znajomymi korytarzami wśród sal Wizengamotu. Nienaruszalne prawo czarodziejów istniało przed nimi. I przetrwa ich dzieci. Tylko głupcy wierzyli, że ktokolwiek lub cokolwiek mogło to zmienić.
A mimo to pozostawali ostrożni. Poruszali się w sferze niedomówień, ryzykowanych kontaktów i działań. Czy rzeczywiście te wszystkie okrucieństwa następowały "gdzieś tam" daleko od nich? A może każda, nawet najmniejsza decyzja pchała ich w sam środek cyklonu.
Uniosła kąciki ust słysząc słowa o zaufaniu. To była cenna rzecz. Cenniejsza niż złoto czy kamienie. Smakowała to słowo, chowała je w dłoniach jak kryje się małe, nieopierzone pisklę przed złem tego świata. Czyste, piękne uczucie.
Jednak, kolejne słowa przyjaciela je zabiło. Piękno rozprysło się jak tknięta igłą bańka mydlana, z jej twarzy zniknął uśmiech, a w oczach pojawił się ból. Odstawiła ostrożnie kieliszek na stole, spoglądając na mężczyznę tak jak postrzelona sarna wpatruje się w myśliwego. Z tym jednym, wyrażonym nie słowem, a bolesną ciszą pytaniem. Dlaczego mi to robisz? Dlaczego wypominasz?
- Byłby Pan skończonym głupcem Panie Shafiq naprawdę rozważając taką ewentualność.- Odpowiedziała głosem, który w przeciwieństwie do oczu twarzy skąpanej w emocjach, nie wyrażał absolutnie nic.
Ludzie nie rozumieli wielu jej decyzji, bo ślepo wpatrywali się tylko w ich pojedyncze aspekty. Tymczasem kobieta nic nie tłumaczyła, pozwalając gubić się w meandrach domysłów, plotek i przypuszczeń. A odpowiedź na to wszystko była przed nimi wyłożona jak na srebrnej tacy.
Im bardziej Anthony jaśniał, zagubiony gdzieś w odległym świecie, błądząc myślami daleko poza czterema ścianami gabinetu, tym bardziej Lorien się wycofywała w swój półmrok. Z dala od ciepła, piękna i słońca. Pergamin, który nosiła od kilku dni w kieszeni szaty, zaczął jej nagle ciążyć. Nie mogła mu powiedzieć, że dostała kolejną prognozę. Nie teraz. Nie, kiedy zdawał się odnaleźć swoją drogę.
Tkwienie samotnie w ciemności było bolesne, ale odebranie szczęścia Anthony’emu złamałoby jej małe, ptasie serce.
Dlatego przyjęła bez słowa kieliszek pełen cennego, czerwonego wina.
Delektowała się nim w kompletnej ciszy gabinetu, jakby słowa mogły przeszkodzić w tej niemal nabożnej chwili. Z głową delikatnie pochyloną, przesłonięta przez długie pukle loków, twarzą bladą i skąpaną w ciepłym świetle przebijającym się do gabinetu Lorien sprawiała bardziej wrażenie eterycznej istoty niż człowieka z krwi i kości.
Zamrugała zaskoczona, gdy nieruchoma tafla wina poruszyła się od pojedynczej łzy, która spłynęła po jej policzku. Uniosła drżące palce do swojego policzka i otarła go szybko.
- To niezwykłe wino, Anthony.- Odpowiedziała równie cicho. Dlaczego w zdawałoby się tak bezpiecznej przestrzeni jak ta, oboje zniżali głos do szeptów i westchnień. Dwoje tanich łotrzyków, schwytanych na kradzieży, której nie popełnili; zbiegów kryjących się w ciemnej alejce, nasłuchujących odgłosu psów gończych między jednym, a drugim uderzeniem serca.- Ale… jeśli tak smakuje nadzieja, to dlaczego jest w nim tyle goryczy i smutku?
A mimo to pozostawali ostrożni. Poruszali się w sferze niedomówień, ryzykowanych kontaktów i działań. Czy rzeczywiście te wszystkie okrucieństwa następowały "gdzieś tam" daleko od nich? A może każda, nawet najmniejsza decyzja pchała ich w sam środek cyklonu.
Uniosła kąciki ust słysząc słowa o zaufaniu. To była cenna rzecz. Cenniejsza niż złoto czy kamienie. Smakowała to słowo, chowała je w dłoniach jak kryje się małe, nieopierzone pisklę przed złem tego świata. Czyste, piękne uczucie.
Jednak, kolejne słowa przyjaciela je zabiło. Piękno rozprysło się jak tknięta igłą bańka mydlana, z jej twarzy zniknął uśmiech, a w oczach pojawił się ból. Odstawiła ostrożnie kieliszek na stole, spoglądając na mężczyznę tak jak postrzelona sarna wpatruje się w myśliwego. Z tym jednym, wyrażonym nie słowem, a bolesną ciszą pytaniem. Dlaczego mi to robisz? Dlaczego wypominasz?
- Byłby Pan skończonym głupcem Panie Shafiq naprawdę rozważając taką ewentualność.- Odpowiedziała głosem, który w przeciwieństwie do oczu twarzy skąpanej w emocjach, nie wyrażał absolutnie nic.
Ludzie nie rozumieli wielu jej decyzji, bo ślepo wpatrywali się tylko w ich pojedyncze aspekty. Tymczasem kobieta nic nie tłumaczyła, pozwalając gubić się w meandrach domysłów, plotek i przypuszczeń. A odpowiedź na to wszystko była przed nimi wyłożona jak na srebrnej tacy.
Im bardziej Anthony jaśniał, zagubiony gdzieś w odległym świecie, błądząc myślami daleko poza czterema ścianami gabinetu, tym bardziej Lorien się wycofywała w swój półmrok. Z dala od ciepła, piękna i słońca. Pergamin, który nosiła od kilku dni w kieszeni szaty, zaczął jej nagle ciążyć. Nie mogła mu powiedzieć, że dostała kolejną prognozę. Nie teraz. Nie, kiedy zdawał się odnaleźć swoją drogę.
Tkwienie samotnie w ciemności było bolesne, ale odebranie szczęścia Anthony’emu złamałoby jej małe, ptasie serce.
Dlatego przyjęła bez słowa kieliszek pełen cennego, czerwonego wina.
Delektowała się nim w kompletnej ciszy gabinetu, jakby słowa mogły przeszkodzić w tej niemal nabożnej chwili. Z głową delikatnie pochyloną, przesłonięta przez długie pukle loków, twarzą bladą i skąpaną w ciepłym świetle przebijającym się do gabinetu Lorien sprawiała bardziej wrażenie eterycznej istoty niż człowieka z krwi i kości.
Zamrugała zaskoczona, gdy nieruchoma tafla wina poruszyła się od pojedynczej łzy, która spłynęła po jej policzku. Uniosła drżące palce do swojego policzka i otarła go szybko.
- To niezwykłe wino, Anthony.- Odpowiedziała równie cicho. Dlaczego w zdawałoby się tak bezpiecznej przestrzeni jak ta, oboje zniżali głos do szeptów i westchnień. Dwoje tanich łotrzyków, schwytanych na kradzieży, której nie popełnili; zbiegów kryjących się w ciemnej alejce, nasłuchujących odgłosu psów gończych między jednym, a drugim uderzeniem serca.- Ale… jeśli tak smakuje nadzieja, to dlaczego jest w nim tyle goryczy i smutku?