- Nie miałem nigdy żadnych uczuleń. - I innych bzdur. Gdyby miał stanowiłyby one prawdziwą zmorę do zwalczenia - coś, z czym warto walczyć i czemu warto się poświęcić, żeby to WYELIMINOWAĆ. Albo unikałby, na przykład, pomidorów jak ognia bo akurat na nie miałby uczulenie i jak paranoik pytałby o wszystko, co mogłoby zawierać tę wspaniałość. Raczej nie możesz liczyć na nic wypośrodkowanego, Sauriel dawał z siebie albo wszystko, albo nic. A jeśli coś było łagodne, delikatne, jak to, co robił w stosunku do Victorii to było takie nie bez przyczyny. Rzeczy delikatne, cenne jak srebrzysty pył z wróżkowych skrzydeł, traktowało się z równą delikatnością. - Ta... - Taa... co? - Wszystko. - Irytacja wyostrzyła jego głos, ale tylko ociupinę - nie wybijała się ponad normę tego, co potrafił sobą prezentować w najbardziej codziennym i banalnym życiu. Więc "tak, boli mnie wszystko" było prawidłową odpowiedzią na zadane pytanie. Brawo, dziesięć punktów dla Krukonów! Prawie było mu do śmiechu - prawie. Z tym, że najpierw wcale nie było, bo chociaż (chyba) nie mogło go to zabić, bo naprawdę miał wrażenie, jakby każda komórka ciała mu puchła, każda żyłka się odzywała, jakby miały zaraz ożyć na nowo. - No, już... pacjent będzie żył. - Powtórzył się, bo nie chciał, żeby się tym nadmiernie martwiła. Ot, boli, ale poboleć chyba musiało. Z drugiej strony uspakajał ją, nie chciał, żeby się denerwowała, a wiedział, że będzie się denerwowała, dopóki nie spróbuje chociaż zrozumieć, co dokładnie się z nim samym dzieje. Dziwne trochę, prawda? Powinienem też się bać. Konsekwencji tego, że może puchnąć bardziej, że może zamienić się w bombla, wybuchnąć - mało to przypadków było tego typu eksperymentów? Powinieneś się bać. Nie bałeś. Ani tego, ani spłonięcia, chociaż wyjście na słońce budowało jakieś napięcie. To był lęk przed bólem. Jego natężeniem. Pamiętasz jeszcze, jak to boli? Skóra staje w płomieniach jakby była polana oliwą. Bucha od razu - nie ma nawet ostrzegawczego dymu.
Ona wierzyła, a ty wierzyłeś w swój sceptycyzm. Święty przykaz takich dupków, jak ty - wątpić. Możesz wątpić i kręcić głową, wzdychać i się krzywić. Niektórym pozostawało tylko tyle, a tutaj trafiło się ziarno ślepej kurze - mogłeś wiele więcej. Przynajmniej na razie, przynajmniej przez chwilę, dopóki zmiany nie dzieliły mocniej waszych światów. Ten tragiczny romantyzm godny byłby książki. Jaka więc szkoda, że nie było z nami żadnego pieprzonego poety.
Poezją też była ta chwila, kiedy blade, śmiertelnie białe ciało odziane w czerń wynurzyło się na słońce. Nic nie mówił, tylko tak stał. Przymknął powieki, czując dreszcz za dreszczem. Może były wyimaginowane, a może ciało naprawdę reagowało? Może mu się wydawało, a może to prawda? Albo sen - być może nauczył się na nowo śnić? Dotyk Victorii był dostatecznym potwierdzeniem, że był w realnym świecie, przy boku realnie zimnej Victorii.
- Nie ma. - Powtórzył twierdząco po dłuższej chwili, rozchylając powieki. Instynkt ciągle nie pozwalał rozluźnić mięśni - trwał w napięciu, bo przez każdą cząstkę ciała przebiegała informacja o tym, żeby uciekać. Czy do tego da się przyzwyczaić? Na pewno. Tak samo jak dało się zapanować nad pragnieniem krwi, które szarpało umysłem. - Jak myślisz, ile to może potrwać? - Mówił nieco zdławionym głosem przez napuchnięte gardło.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.