— Cieszą mnie twoje słowa, ale tym razem o tym nie rozmawiajmy. — Postanowił z uśmiechem zakończyć tę dyskusję dotykającą tematyki przedwczesnej śmierci. Bycie synem nauczycielki wróżbiarstwa i spirytystki. Interesował się duchami i starał się o nich zdobywać wiedzę o tych istotach. To, podobnie, jak bycie synem swojej matki, zaczynało kształtować jego poglądy na temat życia doczesnego i przekroczenia bram zaświatów. Dla należycie przygotowanego umysłu to tylko początek nowej drogi. Kresu życia nie należało się bać. Tak powtarzała mu jego matka. Leon zdawał sobie sprawę, że od zawsze istniał podział na uczniów przez wzgląd na ich pochodzenie. Czym w młodości skorupka nasiąknie, tym na starość śmierdzi - takie powiedzenie niejednokrotnie słyszał w swoim domu rodzinnym. Zdaniem jego rodziców z pewnych rzeczy po prostu powinno się wyrosnąć.
Krótkim śmiechem skomentował skierowaną do niego pochwałę. Leon nie zamierzał namawiać tego Gryfona na pozostanie tutaj w czasie świąt. Nawet jak nie miałby w planach powrotu do swojego domu rodzinnego to rozumiał, że to czas przeznaczony wyłącznie dla rodziny.
— Póki to nie jest uczta pożegnalna na moim ostatnim roku... ja zawsze chętnie wyczekuję uczty powitalnej. — Dla Leona pobyt w Hogwarcie stanowił jak dotąd najlepszy czas w swoim życiu. Zdołał trochę wyrwać się spod opieki swoich rodziców i zawarł wiele znajomości. Niektóre z nich przetrwają całe lata, natomiast inne rozpadną się w trakcie jego pobytu w tym zamku albo z biegiem lat po opuszczeniu przez niego i swoich kolegów Hogwartu. To, jak potoczą się losy jego znajomych ze wszystkich roczników, nawet dla niego pozostawało tajemnicą.
— Nie wiem, jak to jest w pokoju wspólnym Gryffindoru, ale w naszym już teraz panują pustki... oznacza to wolne fotele przy kominku. — Może w tym momencie ulegał jakiemuś złudzeniu, jednak Gryfoni zawsze wydawali mu się bardzo rozrywkowi i wszędobylscy oraz skłonni do wpadania w tarapaty przez podejmowanie lekkomyślnych decyzji.
— Hm... do Glisty. — Nie byłby sobą, gdyby nie wybrał najmniej oczywistej postaci z całej baśni. Glista miała pewne przymioty, których on nie posiadał. Była ogromna i odporna na zaklęcia. Wydawał się być tym szczerze rozbawiony. Zsunął dłoń z ramienia szatyna, aby lekko uderzyć pięścią w jego ramię. — Gdybym nią był to bym cię nie walnął. — Wymruczał zaczepnie, nie pozwalając mu na to odpowiedzieć - w tym momencie go pocałował w usta. Wszystko do tego zmierzało i nie zamierzał stąd wyjść bez dokończenia całej tej konwersacji... nawet jeśli miała przebiegać w ten sposób.