04.08.2024, 11:48 ✶
Łohoho. Dawno nie spotkałem fanatyka religijnego! Z takimi to się nie dyskutowało, bo się obrywało miotłą! Ba!, gromami niebieskimi! Taaa... Chcieliby. Nie mieli takiej mocy, ich bożkowie również nie mieli, choć rzekomo jakieś gromy potrafiły tam ciskać w przeszłości, sztormy, rozstąpienia wód, susze i inne takie. Szanowałem, ale nie zamierzałem się szamotać z taką osobą. Może nawet potaknąłbym grzecznie i odszedł w stronę uwielbionego słońca, ale padły słowa obrazy względem mojej kociej natury, a tej znieść nie mogłem.
Psem! Ja psem! Phi! Ja nie znosiłem psów, bo były brudne, agresywne i głośne! Przede wszystkim wściekłe! Szczególnie kiedy widziały kota, a... a też nie wyszło z mojej głowy zdarzenie z początku lipca. Mogłem zginąć. Przez psy właśnie. Bałem się ich panicznie i na Matkę Najcudowniejszą, nie chciałem być z nimi porównywany. Nie chciałem o nich nawet myśleć. Wzdrygnąłem się.
- A ty z kolei nie potrzebujesz monety by być przeklętym! Nikogo nie obrażam, to ty obrażasz, uznając Boga mojej matki za wymyślonego! - odezwałem się oburzony w obronie pani O’Dwyer. To święta kobieta była sama w sobie, więc zamierzałem ją bronić w każdym przypadku. Wziąłem jednak wizytówkę od Dægberhta. - Chętnie środki tam wpłacę, do tego kowenu, ale o modlitwę za ciebie. Część, bo drugą dam w mugolskim kościele żeby ocalił twoją duszę od potępienia, ognia piekielnego!
Nie rozumiałem, o co mu chodziło z tą dziewczyną, ale to nieistotne, bo padło słowo klucz - walizki. Nie, nie zamierzałem go już okradać. Kasa miała mi wystarczyć, szczególnie że zrobiłem to dla psot, a nie z potrzeby własnej. Za machnięciem czarodziejskiej różdżki, przemieniłem się w te pędy w rudego kociaka i pomknąłem w kierunku jego walizek. Zamierzałem po prostu na nie nasrać w ramach podziękowania, a potem oddalić się z pełną satysfakcją nim ich właściciel mnie dogoni. Hihi.
Psem! Ja psem! Phi! Ja nie znosiłem psów, bo były brudne, agresywne i głośne! Przede wszystkim wściekłe! Szczególnie kiedy widziały kota, a... a też nie wyszło z mojej głowy zdarzenie z początku lipca. Mogłem zginąć. Przez psy właśnie. Bałem się ich panicznie i na Matkę Najcudowniejszą, nie chciałem być z nimi porównywany. Nie chciałem o nich nawet myśleć. Wzdrygnąłem się.
- A ty z kolei nie potrzebujesz monety by być przeklętym! Nikogo nie obrażam, to ty obrażasz, uznając Boga mojej matki za wymyślonego! - odezwałem się oburzony w obronie pani O’Dwyer. To święta kobieta była sama w sobie, więc zamierzałem ją bronić w każdym przypadku. Wziąłem jednak wizytówkę od Dægberhta. - Chętnie środki tam wpłacę, do tego kowenu, ale o modlitwę za ciebie. Część, bo drugą dam w mugolskim kościele żeby ocalił twoją duszę od potępienia, ognia piekielnego!
Nie rozumiałem, o co mu chodziło z tą dziewczyną, ale to nieistotne, bo padło słowo klucz - walizki. Nie, nie zamierzałem go już okradać. Kasa miała mi wystarczyć, szczególnie że zrobiłem to dla psot, a nie z potrzeby własnej. Za machnięciem czarodziejskiej różdżki, przemieniłem się w te pędy w rudego kociaka i pomknąłem w kierunku jego walizek. Zamierzałem po prostu na nie nasrać w ramach podziękowania, a potem oddalić się z pełną satysfakcją nim ich właściciel mnie dogoni. Hihi.