05.08.2024, 00:35 ✶
Choć połączyły się dwie czarne głowy, wciąż oddzielał ich mur białej emalii. Wyznaczał granicę między ich światami. Między osadzonym na twardych płytkach rzeczywistości Peregrinusem i zatopioną w wannie Mildred. Biały fantom wśród sążni mroku zalegającego w łazience, zanurzona w czarnej wodzie biała rachityczna istota.
— Prawdziwy. Z tej samej rzeczywistości co ty — odpowiedział nieobecnym, monotonnym głosem. Myślami był już przy kolejnym pytaniu, które widocznie go zafrasowało. — Naprawdę chciałabyś wiedzieć, gdybyś umarła?
Umilkł na chwilę. Nie byli martwi — w tym klasycznym, podstawowym sensie. Powrócili oboje w jednym kawałku. Sprawdzenie innych sensów, tych bardziej złożonych, mniej oczywistych… wolał nie szukać tego pulsu. Zbadanie go wymagałoby spaceru w głąb siebie. I co by tam znalazł?
— Gdybym podejrzewał się o śmierć, zamknąłbym oczy i nigdy ich nie otworzył, żeby nigdy nie dowiedzieć się, czy nie żyję — kontynuował po chwili tym samym odległym tonem, co wcześniej. Ponownie słowa zwieńczone zostały przerwą, lecz tym razem Trelawney szybciej podjął ponownie wątek. — Boję się prawdy. Całego mnóstwa prawd. Wolę żyć dookoła nich niż spojrzeć im w oczy.
Odwrócił się do niej. Klęknął przy krawędzi wanny i zanurzył rękę w błotnistej wodzie.
— Nigdy nie sądziłem, że to może być zła wróżba. — Uradował się, gdy zobaczył w jej układzie kielichy. Były takie obiecujące. — Odsącz z siebie to, co znalazłaś w kielichach. — Uniósł dłoń nad mętną powierzchnię i pozwolił wodzie przepływać przez palce. — Zacznij od nowa, czysta i pusta. Odbuduj się z rozsądkiem. Nie wahaj się wspierać na aniele Umiarkowania.
Odkręcił kurek, pozwalając krystalicznej wodzie dopełnić wannę.
— Nie zostawaj pod ziemią.
Pozwoliłby, aby przebrały jej brzegi. Wypłukały brud, błoto wylałoby na kafelki. Biała wanna oczyściłaby się, a choć na dnie zostałoby zapewne kilka okruchów szorstkiej ziemi, ich obecność nie mąciłaby białej wody.
Pozwolił strumieniowi płynąć. Tylko od niej zależało, czy go zatrzyma.
— Prawdziwy. Z tej samej rzeczywistości co ty — odpowiedział nieobecnym, monotonnym głosem. Myślami był już przy kolejnym pytaniu, które widocznie go zafrasowało. — Naprawdę chciałabyś wiedzieć, gdybyś umarła?
Umilkł na chwilę. Nie byli martwi — w tym klasycznym, podstawowym sensie. Powrócili oboje w jednym kawałku. Sprawdzenie innych sensów, tych bardziej złożonych, mniej oczywistych… wolał nie szukać tego pulsu. Zbadanie go wymagałoby spaceru w głąb siebie. I co by tam znalazł?
— Gdybym podejrzewał się o śmierć, zamknąłbym oczy i nigdy ich nie otworzył, żeby nigdy nie dowiedzieć się, czy nie żyję — kontynuował po chwili tym samym odległym tonem, co wcześniej. Ponownie słowa zwieńczone zostały przerwą, lecz tym razem Trelawney szybciej podjął ponownie wątek. — Boję się prawdy. Całego mnóstwa prawd. Wolę żyć dookoła nich niż spojrzeć im w oczy.
Odwrócił się do niej. Klęknął przy krawędzi wanny i zanurzył rękę w błotnistej wodzie.
— Nigdy nie sądziłem, że to może być zła wróżba. — Uradował się, gdy zobaczył w jej układzie kielichy. Były takie obiecujące. — Odsącz z siebie to, co znalazłaś w kielichach. — Uniósł dłoń nad mętną powierzchnię i pozwolił wodzie przepływać przez palce. — Zacznij od nowa, czysta i pusta. Odbuduj się z rozsądkiem. Nie wahaj się wspierać na aniele Umiarkowania.
Odkręcił kurek, pozwalając krystalicznej wodzie dopełnić wannę.
— Nie zostawaj pod ziemią.
Pozwoliłby, aby przebrały jej brzegi. Wypłukały brud, błoto wylałoby na kafelki. Biała wanna oczyściłaby się, a choć na dnie zostałoby zapewne kilka okruchów szorstkiej ziemi, ich obecność nie mąciłaby białej wody.
Pozwolił strumieniowi płynąć. Tylko od niej zależało, czy go zatrzyma.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie