— I z tym się zgodzę — przyklasnął jej, gdy jego siostra nazwała Clemensa idiotą. Na dodatek starym. Zabawne, że chętnie cofnąłby się w czasie do tamtego momentu, wesela, gdy był podorstkiem, któremu dopiero zaczynał rosnąć dziewiczy wąsik, którego bracia uczyli, jak się golić, który chodził ze zadartymi knyknciami, bo pod cichą skorupą chłopca o oczach łani tkwił potężny ogień, pełen pasji i wybuchów. Morpheus w większości składał się z ognia, może dlatego wyglądał skrajnie inaczej niż Woody. Ogień wypalał go do cna, a teraz popiół szarości osiadał na jego głowie, srebrząc czarne jak węgiel loki.
Przywilej rodzeństwa i bliskich. Tylko oni mogli nazywać Clemensa idiotą i głupcem, jeśli zrobiłby to ktoś inny? Drżyj ziemio w swoich posadach. Nie tylko dlatego, że Longbottomowie mieli potężne poczucie stadnej sprawiedliwości, ale również dlatego, że w gruncie rzeczy Morpheus odczuwał respekt wobec Woody'ego i jego umiejętności. Biorąc pod uwagę nowe miejsce zamieszkanie brata, nie warto, bo może się okazać, że piekło powstanie i zastąpią arystokratyczne niebiosa. Morpheus widział zbyt wiele tymi swoimi dziwnymi, czarnymi oczami.
— To nie ten rodzaj zmartwienia. Wyjątkowo... Cóż, pasowałoby, podpalenie to przestępstwo pasji. — Krzywy grymas przebiegł po jego zmęczonej twarzy. Tego dnia, pomimo jasnej szaty, lnu i okularów przeciwsłonecznych nad czołem, wyglądał jeszcze bardziej, jakby nie spał od wielu, wielu dni.
Pomyślał o Prawach Czasu w ogniu. O płonących zasłonach, łuszczącej się farbie na framugach i oknach, o spopielonych księgozbiorach, o szatach z lśniącego charmeusu, śmierdzących jak palone włosy. Wreszcie o tyczkowatej sylwetce stojącej pośrodku skiwerczącej pożogi, z mechanizmami stu dwudziestu ośmiu zegarów u stóp. Wzdrygnął się na ten obraz, a Tessa mogła poczuć to pod dłonią. Pokiwał przecząco głową.
— Najgorsze jest to, że to wszystko moja wina. Poradzę sobie. Zresztą, miałem umrzeć młodo, coś mi nie wyszło, to przetrwam i to — pierwszy raz powiedział na głos to, co wypierał tak wiele lat. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. — Opowiedz mi lepiej o tej podróży, którą widzę w kosmykach twoich włosów. Gdzie się wybierasz? Tylko nie mów mi, że do Kambodży.
Chciał, aby morze zabrało ich ból, obmyło ich z tłustych plam zależności od inynch, aby morska sól odkaziła ich rany, pozwalając im zasklepić się. Jeśli jednak miałby wybrać jedną osobę, która miałaby dostać perłę szczęścia, byłaby to Tessa. On sam może zmienić się w pianę morską i strzec ukochanych przed tragediami sztormów bez własnej woli, jako biel morskich bałwanów.
Chciałby być wodą. Pobożne życzenia.