05.08.2024, 22:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 08:10 przez Lorien Mulciber.)
Dbanie o Lorien Mulciber spadało na barki większej ilości osób niż się to Robertowi mogło wydawać. Na jej lekarza, rodziców, część przyjaciół, których się kurczowo trzymała. A może po prostu nigdy nie zwrócił na to uwagi uznając, że nikt nie jest istotny?
Nie odpowiedziała nic na to jakże rozczulające i wręcz dramatyczne zapewnienie o przejęciu obowiązków. Problem, który Mulciber kompletnie w jej opinii źle zinterpretował jako jakiś dziwaczny atak na jego pozycję w strukturze rodzinnej, był… o wiele bardziej przyziemny.
On po prostu nie wiedział jak się nią opiekować. I miał do tego pełne prawo - nikt nie uczy w życiu co zrobić, żeby uchronić maledictusy przed nimi samymi. Na palcach jednej ręki Lorien mogła wymienić ludzi, którzy potrafili dostrzec zagrożenie przemiany, zareagować, ukoić rozszalały od emocji ptasi mózg. Niestety żaden z nich nie dawał kursów z zakresu “obcowanie z ofiarami klątwy krwi dla opornych.”
Była natomiast bliska parsknięcia śmiechem, gdy usłyszała odpowiedź na swoje pytanie o spotkanie z "mamusią". Słuszna decyzja. Wszystkim się lepiej żyło w ten sposób, prawda? Bez rodzinnych niedzielnych obiadków pełnych rozmów o polityce; wymienianych złośliwych uśmieszków znad pieczonej kaczki;
- Wystarczy, że przed wyjściem mnie poinformujesz.
- W porządku. - Było jej jedyną odpowiedzią. I rzeczą, którą Robert powinien uznać za potężne zwycięstwo. Albo krytyczną porażkę, w zależności od tego, z której strony się na ową kwestię spojrzało. Nie oczekiwała tego samego, więc balans został delikatnie zachwiany.
Interesujące.- Stwierdziła tylko w myślach, podpierając policzek o grzbiet dłoni.
Więc z jednej kwestii zrobiło się nagle kilka. Jak długo będzie musiała czekać, aż nieśmiałe prośby zamienią się w ukryte żądania? Nie odpowiedziała mu, bo to czy będzie “tak miła” czy skora do pomocy zależało od zbyt wielu czynników. Obiecywanie czegokolwiek nie wchodziło w grę tak długo jak nie znało się warunków.
A pasmo próśb i chęci jakie przedstawił zaczęło się od wyjątkowo smakowitego kąska. W pierwszej sekundzie uniosła rozbawiona brew jakby na końcu języka tańczyło pytanie “żartujesz sobie ze mnie czy kpisz?”, Ale nie padło, bo wystarczyło uważnie przyjrzeć się Mulciberowi, żeby wiedzieć, że nie, jednak nie żartuje.
- Robercie…- Nie poruszyła się w fotelu. Nóżka nie przestała się nawet na moment bujać. Kiedy się jednak odezwała ponownie jej głos stracił tą nonszalancką nutę i słodki włoski akcent. Była w pełni poważna. Skoncentrowana.- Pozwólmy, że dla dobra nas obojga, dla dobra tej… unii, którą stworzyliśmy, udam że tego po prostu nie usłyszałam.
Robert nie spotkał się z oporem czy protestem. O nie. Spotkał się z żelbetową ścianą, o którą mógł się z łatwością roztrzaskać, jeśli nie wyhamuje w porę. Rzecz, która wydawała się mu może w tej chwili “niełatwa do osiągnięcia” była rzeczą niemożliwą do osiągnięcia.
Lorien, bez względu na to pod jakim nazwiskiem się aktualnie kryła - Crouch czy Mulciber - nie była pierwszym lepszym urzędnikiem. Nie była sekretarką, mile uśmiechającą się panią z księgowości czy głupiutką praktykantką. Była czarownicą, która potrafiła spojrzeć mordercom, czarnoksiężnikom i pluskwom wyrwanym z rynsztoka Nokturnu w przepełnione pogardą i nienawiścią oczy, gdy unosiła dłoń w głosowaniach skazujących ich na los gorszy od piekła.
Wizengamot ego sum.
Wyszarpnąć Lorien Ministerstwu Magii to jak wyszarpnąć smoku jego drogocenne smocze pisklę.
Odpuściła sobie wszelkie zapewnienia, że czuje się wystarczająco dobrze, żeby już wrócić. Nie czuła się, ale to nie miało żadnego znaczenia. Choćby miała się zaćpać eliksirami uspokajającymi nie mogła sobie pozwolić na tego typu słabość. Jej zmęczenie było niczym w porównaniu do ciężaru odpowiedzialności i obowiązków jakie na siebie przyjęła w ‘63. Nie oczekiwała, że tego zrozumie. Nie człowiek, który uciekł jak szczur z tonącego okrętu, gdy pojawiły się pierwsze problemy.
Musiała wrócić.
Nie odpowiedziała nic na to jakże rozczulające i wręcz dramatyczne zapewnienie o przejęciu obowiązków. Problem, który Mulciber kompletnie w jej opinii źle zinterpretował jako jakiś dziwaczny atak na jego pozycję w strukturze rodzinnej, był… o wiele bardziej przyziemny.
On po prostu nie wiedział jak się nią opiekować. I miał do tego pełne prawo - nikt nie uczy w życiu co zrobić, żeby uchronić maledictusy przed nimi samymi. Na palcach jednej ręki Lorien mogła wymienić ludzi, którzy potrafili dostrzec zagrożenie przemiany, zareagować, ukoić rozszalały od emocji ptasi mózg. Niestety żaden z nich nie dawał kursów z zakresu “obcowanie z ofiarami klątwy krwi dla opornych.”
Była natomiast bliska parsknięcia śmiechem, gdy usłyszała odpowiedź na swoje pytanie o spotkanie z "mamusią". Słuszna decyzja. Wszystkim się lepiej żyło w ten sposób, prawda? Bez rodzinnych niedzielnych obiadków pełnych rozmów o polityce; wymienianych złośliwych uśmieszków znad pieczonej kaczki;
- Wystarczy, że przed wyjściem mnie poinformujesz.
- W porządku. - Było jej jedyną odpowiedzią. I rzeczą, którą Robert powinien uznać za potężne zwycięstwo. Albo krytyczną porażkę, w zależności od tego, z której strony się na ową kwestię spojrzało. Nie oczekiwała tego samego, więc balans został delikatnie zachwiany.
Interesujące.- Stwierdziła tylko w myślach, podpierając policzek o grzbiet dłoni.
Więc z jednej kwestii zrobiło się nagle kilka. Jak długo będzie musiała czekać, aż nieśmiałe prośby zamienią się w ukryte żądania? Nie odpowiedziała mu, bo to czy będzie “tak miła” czy skora do pomocy zależało od zbyt wielu czynników. Obiecywanie czegokolwiek nie wchodziło w grę tak długo jak nie znało się warunków.
A pasmo próśb i chęci jakie przedstawił zaczęło się od wyjątkowo smakowitego kąska. W pierwszej sekundzie uniosła rozbawiona brew jakby na końcu języka tańczyło pytanie “żartujesz sobie ze mnie czy kpisz?”, Ale nie padło, bo wystarczyło uważnie przyjrzeć się Mulciberowi, żeby wiedzieć, że nie, jednak nie żartuje.
- Robercie…- Nie poruszyła się w fotelu. Nóżka nie przestała się nawet na moment bujać. Kiedy się jednak odezwała ponownie jej głos stracił tą nonszalancką nutę i słodki włoski akcent. Była w pełni poważna. Skoncentrowana.- Pozwólmy, że dla dobra nas obojga, dla dobra tej… unii, którą stworzyliśmy, udam że tego po prostu nie usłyszałam.
Robert nie spotkał się z oporem czy protestem. O nie. Spotkał się z żelbetową ścianą, o którą mógł się z łatwością roztrzaskać, jeśli nie wyhamuje w porę. Rzecz, która wydawała się mu może w tej chwili “niełatwa do osiągnięcia” była rzeczą niemożliwą do osiągnięcia.
Lorien, bez względu na to pod jakim nazwiskiem się aktualnie kryła - Crouch czy Mulciber - nie była pierwszym lepszym urzędnikiem. Nie była sekretarką, mile uśmiechającą się panią z księgowości czy głupiutką praktykantką. Była czarownicą, która potrafiła spojrzeć mordercom, czarnoksiężnikom i pluskwom wyrwanym z rynsztoka Nokturnu w przepełnione pogardą i nienawiścią oczy, gdy unosiła dłoń w głosowaniach skazujących ich na los gorszy od piekła.
Wizengamot ego sum.
Wyszarpnąć Lorien Ministerstwu Magii to jak wyszarpnąć smoku jego drogocenne smocze pisklę.
Odpuściła sobie wszelkie zapewnienia, że czuje się wystarczająco dobrze, żeby już wrócić. Nie czuła się, ale to nie miało żadnego znaczenia. Choćby miała się zaćpać eliksirami uspokajającymi nie mogła sobie pozwolić na tego typu słabość. Jej zmęczenie było niczym w porównaniu do ciężaru odpowiedzialności i obowiązków jakie na siebie przyjęła w ‘63. Nie oczekiwała, że tego zrozumie. Nie człowiek, który uciekł jak szczur z tonącego okrętu, gdy pojawiły się pierwsze problemy.
Musiała wrócić.