06.08.2024, 20:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 20:15 przez Desmond Malfoy.)
Obserwował niepewnie, jak chłopak podnosi ręce w niejasnym celu. Patrzył, jak zaciska palce, później znowu skupił się na jego twarzy. Nie rozumiał jego słów, ale rozumiał jego frustrację. Był zły, ale był też taki zmęczony; mrugnąwszy przeciągle, walczył z zawrotami głowy. Nie czuł się szczególnie pijany, bardziej struty. Wiedział jednak, że jeśli w porę uspokoi trzepoczące serce, będzie w stanie przeczekać mdłości bez wystąpienia problematycznego incydentu.
Oleander mówił, że nie potrafił ubrać swoich uczuć w słowa, ale jego opis okazał się zaskakująco dobry. Desmond mógł wyczytać z niego emocje bardzo bliskie temu, co sam przeżywał przez ostatnie miesiące. Rozpaczliwa wylewność odciągnęła jego uwagę od tego, jak wykrzywiony był charakter ich więzi w głowie przyjaciela. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że sam sobie właśnie pozwala wypuścić z rąk resztkę rozsądku, którą jeszcze dysponował, ale był w stanie tego powstrzymać.
– Nie możemy być. Osobno – Byłby porównał to do cichych, subtelnych tortur, ale nie chciał być niepotrzebnie bezpośredni. – Nigdy nie. Byliśmy. To dla nas nienaturalne. Nienaturalne.
Gdy skończył mówić, zmarszczył gniewnie nos, walcząc z nieoczekiwanym napływem frustracji. Wiedział, że swoimi słowami sprawił Oleandrowi przyjemność, ale nie rozumiał, dlaczego aż tak go to irytowało. Najwyraźniej dalej czuł, że chłopak nie odpokutował krzywdy, którą mu wyrządził. Ale jakąż krzywdę faktycznie mu wyrządził? Siedział z nim tutaj na strychu i ze łzami w oczach opowiadał o tym, że nie może bez niego żyć. Nie potrafił pozbyć się pewnego obrzydzenia, może lęku, przed słabością, którą Oleander dobrowolnie mu prezentował. W takich momentach naprawdę pragnął, żeby zachowywał się bardziej jak mężczyzna - ileż prostsze byłoby życie, gdyby nigdy o tym wszystkim nie zechciał rozmawiać. Wspólnymi siłami mogliby zakopać to w najgłębszym grobie i zapomnieć o tym na resztę lat, które im pozostały.
Sprawiał wrażenie przekonanego. Po jego zaciśniętych ustach i dziwnym zmieszaniu w jego oczach można było stwierdzić, że faktycznie uznał swoje podejrzenia za irracjonalne. Czuł się głupio z tym, że zareagował tak emocjonalnie. Wytłumaczenie Oleandra wydawało mu się rozsądne, choć dopiero teraz pomyślał o jego nagłym wyjeździe z kraju w taki sposób. Wcześniej zakładał, że zrobił mu to na złość, że zrobił to, żeby go zranić. Że zniknął, żeby pokazać mu, jak bardzo będzie bolała go jego nieobecność. Że zniknął, żeby uświadomić mu, jak dużo ma nad nim władzy. Jednak Oleander wyjechał tylko po to, żeby uciec od własnego bólu, ulżyć samemu sobie.
– Schowaj. Ten portret ja dobrze pamiętam. Tę łąkę.
Czy zawsze było mu tak gorąco? Przekładając przy tym pustą szklankę po drinku z ręki do ręki, ściągnął z siebie ciężką, wełnianą marynarkę i ułożył ją na białym płótnie, które przykrywało mebel zaanektowany przez Oleandra. Choć zinternalizował już fakt, że przyjaciel nie posiadał ani zamiarów, ani możliwości, żeby go śledzić, wciąż czuł się odsłonięty w jakiś niekomfortowy, perwersyjny sposób.
– Nie powiesz o tym nikomu prawda – zadał pytanie, choć wiedział, że było ono zupełnie zbędne. Nie wierzył w to, że Oleander chciałby komukolwiek opowiedzieć o tym, co działo się między nimi. Miał za dużo do stracenia.
Odetchnął ciężko i chwiejnie usiadł obok niego, zachowując wystarczający dystans, aby mieć pewność, że nie dotknie przypadkiem żadnej z fałd okalającej Oleandra marynarki. Ucieszyło go to, że pomimo fizycznej bliskości, wcale nie musiał na niego patrzeć; jego niezdrowo wilgotne oczy błądziły po zakurzonej ścianie strychu.
– Spodziewałbym. Się. Spodziewałbym że to byłby koszmar jednak to nie był. Koszmar – szeptał z trudem. – Ale po obudzeniu się czułem się bardzo źle.
Oleander mówił, że nie potrafił ubrać swoich uczuć w słowa, ale jego opis okazał się zaskakująco dobry. Desmond mógł wyczytać z niego emocje bardzo bliskie temu, co sam przeżywał przez ostatnie miesiące. Rozpaczliwa wylewność odciągnęła jego uwagę od tego, jak wykrzywiony był charakter ich więzi w głowie przyjaciela. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że sam sobie właśnie pozwala wypuścić z rąk resztkę rozsądku, którą jeszcze dysponował, ale był w stanie tego powstrzymać.
– Nie możemy być. Osobno – Byłby porównał to do cichych, subtelnych tortur, ale nie chciał być niepotrzebnie bezpośredni. – Nigdy nie. Byliśmy. To dla nas nienaturalne. Nienaturalne.
Gdy skończył mówić, zmarszczył gniewnie nos, walcząc z nieoczekiwanym napływem frustracji. Wiedział, że swoimi słowami sprawił Oleandrowi przyjemność, ale nie rozumiał, dlaczego aż tak go to irytowało. Najwyraźniej dalej czuł, że chłopak nie odpokutował krzywdy, którą mu wyrządził. Ale jakąż krzywdę faktycznie mu wyrządził? Siedział z nim tutaj na strychu i ze łzami w oczach opowiadał o tym, że nie może bez niego żyć. Nie potrafił pozbyć się pewnego obrzydzenia, może lęku, przed słabością, którą Oleander dobrowolnie mu prezentował. W takich momentach naprawdę pragnął, żeby zachowywał się bardziej jak mężczyzna - ileż prostsze byłoby życie, gdyby nigdy o tym wszystkim nie zechciał rozmawiać. Wspólnymi siłami mogliby zakopać to w najgłębszym grobie i zapomnieć o tym na resztę lat, które im pozostały.
Sprawiał wrażenie przekonanego. Po jego zaciśniętych ustach i dziwnym zmieszaniu w jego oczach można było stwierdzić, że faktycznie uznał swoje podejrzenia za irracjonalne. Czuł się głupio z tym, że zareagował tak emocjonalnie. Wytłumaczenie Oleandra wydawało mu się rozsądne, choć dopiero teraz pomyślał o jego nagłym wyjeździe z kraju w taki sposób. Wcześniej zakładał, że zrobił mu to na złość, że zrobił to, żeby go zranić. Że zniknął, żeby pokazać mu, jak bardzo będzie bolała go jego nieobecność. Że zniknął, żeby uświadomić mu, jak dużo ma nad nim władzy. Jednak Oleander wyjechał tylko po to, żeby uciec od własnego bólu, ulżyć samemu sobie.
– Schowaj. Ten portret ja dobrze pamiętam. Tę łąkę.
Czy zawsze było mu tak gorąco? Przekładając przy tym pustą szklankę po drinku z ręki do ręki, ściągnął z siebie ciężką, wełnianą marynarkę i ułożył ją na białym płótnie, które przykrywało mebel zaanektowany przez Oleandra. Choć zinternalizował już fakt, że przyjaciel nie posiadał ani zamiarów, ani możliwości, żeby go śledzić, wciąż czuł się odsłonięty w jakiś niekomfortowy, perwersyjny sposób.
– Nie powiesz o tym nikomu prawda – zadał pytanie, choć wiedział, że było ono zupełnie zbędne. Nie wierzył w to, że Oleander chciałby komukolwiek opowiedzieć o tym, co działo się między nimi. Miał za dużo do stracenia.
Odetchnął ciężko i chwiejnie usiadł obok niego, zachowując wystarczający dystans, aby mieć pewność, że nie dotknie przypadkiem żadnej z fałd okalającej Oleandra marynarki. Ucieszyło go to, że pomimo fizycznej bliskości, wcale nie musiał na niego patrzeć; jego niezdrowo wilgotne oczy błądziły po zakurzonej ścianie strychu.
– Spodziewałbym. Się. Spodziewałbym że to byłby koszmar jednak to nie był. Koszmar – szeptał z trudem. – Ale po obudzeniu się czułem się bardzo źle.