A co ja takiego niby powiedziałem?, zachodził w głowę, zdziwiony tym, że Charles próbował go poprawić. Nie zamierzał jednak doszukiwać się błędów w tym, co powiedział, więc po prostu pokiwał głową, przystając na wersję przyjaciela. Rysy twarzy jednak mu stężały, gdy dowiedział się, przed jakim zaklęciem go obronił. Prawie walnęło w nich zaklęcie torturującego, a on go nawet... a on go nawet nie rozpoznał.
— C-c-crucio? — wymamrotał, wbijając w Charliego uważne spojrzenie.
Był bardziej świadomy, jakby zdał sobie sprawę z tego, jak mogłaby się skończyć ta przygoda, gdyby szczęście im jednak nie sprzyjało.
— Nie wypominaj sobie tego — odezwał się Cameron. Z początku mówił nieco nieśmiało, jednak wypowiedź Rookwooda utwierdziła go we własnych przekonaniach. Nie widział w postawie blondynki niczego złego. — Próbowałaś znaleźć b-bezpieczne miejsce. To nie tchórzostwo, t-tylko instynkt przetrwania. Na twoim miejscu, bez pomocy, zrobiłbym to samo.
Chociaż mi po prostu brakuje umiejętności, pomyślał, w pełni świadomy braku predyspozycji z konkretnych dziedzin magii. Nie wiedział, co by się skończyło większą tragedią: wystawienie go na arenę Klubu Pojedynków, czy posadzenie na miotle z parą tłuczków czyhających na boisku. Może i potrafił się obronić, ale intensywna walka z kimś doświadczonym? Odpadłby po trzech minutach.
Gdyby miał stanąć oko w oko ze Śmierciożercą, to jego pierwszą reakcją była ucieczka, a nie rzucenie się niebezpieczeństwu naprzeciw. Owszem, przywykł do pakowania się w kłopoty, które mogły skończyć się uszczerbkiem na zdrowiu, ale zazwyczaj dochodziło do tego przez głupotę. A mimo wszystko istniała różnica między machaniem magicznym patykiem przed potencjalnym terrorystą, a wymykaniem się do Zakazanego Lasu lub testowaniu specyfików własnej roboty bez nadzoru szkolnej pielęgniarki.
— Powinno wytrzymać. — Błądził badawczym spojrzeniem po zaleczonych miejscach, nie przejmując się, że intensywność spojrzenia, może sprawić pacjentce dyskomfort. Kierowany instynktem postanowił jednak skorzystać z kilku plastrów i całkiem sporego kawałka bandażu. — O ile, oczywiście, wszystkie zaklęcia nie padną w środku nocy. Wtedy m-może Ci ulecieć trochę krwi.
Podziękował Charliemu za herbatę, jednak dolał sobie jeszcze kilka kropel rumu, a potem usiadł na dywanie. Ta noc zdecydowanie nie zostanie przez niego zapamiętana jako pełna śmiechu i dobrej zabawy, więc mógł równie dobrze uspokoić skołatane nerwy alkoholem. Co zaś tyczyło eliksirów, przejrzał je pobieżnie, starając się odczytać napisy na nalepkach, odkorkowując je, co by sprawdzić ich stan. Jeden był zdecydowanie zbyt mocny, a drugi wyglądał na przeterminowany, toteż pozostał ostatni, który można było podać przed snem.
Cameron odwrócił się w kierunku Rookwooda, jednak szybko się przekonał, że nie jest w stanie jednocześnie słuchać i obserwować mimiki chłopaka towarzyszącej jego wyznaniu. Opuścił więc wzrok w podłogę, udając, że zawzięcie zapoznaje się z etykietą jednego z magicznych specyfików, chociaż tak naprawdę nie był w stanie złączyć poszczególnych słów w jedno logiczne zdanie. Wzrastała w nim frustracja. Czuł się bezsilny wobec doświadczeń przyjaciela. Co więcej, świadomość, jak wygląda obecnie sytuacja w Anglii, sprawiała, że odczuwał niepokój na samą myśl, jak źle będzie, kiedy sam opuści szkolne mury.
— J-j-ja nie... — urwał, gdyż zanim zdążył w pełni rozwinąć myśl, wtrąciła się Christie. Jego brwi podskoczyły do góry, jednak, zamiast dać upust swojemu niezadowoleniu, zasznurował usta i zamoczył w kubku rumu z dodatkiem herbaty.
Niezła z niej obserwatorka, pomyślał z lekkim podziwem, przyglądając się uważniej blondynce. Próbował wytężyć szare komórki, jednak twarz i imię dziewczyny mu się z nikim nie kojarzyły. Może gdyby znał nazwisko, to byłby w stanie powiedzieć więcej, chociaż i tego nie był pewny. Skoro dwójka czarodziejów jej nie znała, a ona najwidoczniej kojarzyła Charliego, to plotki krążące na ich temat musiały być dosyć... konkretne.
— Hej, k-każdy ma prawo do wypowiedzi. — Rozłożył bezradnie ręce. — P-poza tym, gdyby za bardzo się rozkręcił — kontynuował, zerkając kątem oka na Charliego, aby złapać z nim na moment kontakt wzrokowy, a potem wrócić do dziewczyny — to znam parę sposobów na to, żeby go skutecznie uciszyć. Zabrakłoby mu tchu.
Odmawiając dalszego rozwinięcia tej kwestii, Cameron poprawił się na dywanie i zaczął z lekkim uśmieszkiem siorbać napitek, jakby nie rzucił właśnie bardzo dwuznacznej sugestii. Czy był to jego sposób na poradzenie sobie z wydarzeniami, które miały miejsce tego wieczora? A może komentarz wynikał z tego, że jego filtr społeczny objawiał się w przypadkowych momentach? Tym razem, na przykład, nie objawił się w ogóle.
— Odważna jesteś, Kirstie — mruknął w odpowiedzi na rozmowę o Brygadzie Uderzeniowej, nie przyklaskując zbytnio temu postanowieniu. Sam by się na nie raczej nie zdecydował. Co miałby robić w Brygadzie? Mógłby co najwyżej służyć za medyka polowego, lecząc ludzi, gdy latałyby wokół niego zaklęcia, mieszając się w feerię barw. — Już bym wolał wylądować na dyżurze w szpitalu.