12.01.2023, 00:08 ✶
Dla rodziny Moodych Ostara nie była czymś wybitnie istotnym, ale zdecydowanie znali się na niej o wiele lepiej, niż można się tego po nich spodziewać. Daleko było wiecznie zapracowanym aurorom do kwestii wiary, jeżeli chodziło o osobiste przeżywanie eutierrii i angażowanie się w działalność kultu. Ich wiedza kryła się za prostym faktem, iż praca aurora, wbrew temu, co mówiono o niej mówić, nie polegała jedynie na wiecznych, krwawych potyczkach. Żeby wytropić czarnoksiężników, żeby rozpracowywać ich szajki, Alastor musiał znać się na ludziach. Musiał znać rzeczy kierujące ich codziennością, ich obyczaje, marzenia i troski. Życie nauczyło go, że wiara w bogów potrafiła namieszać w umyśle z taką samą intensywnością, co miłość czy nienawiść - znajomość tradycji uznał więc za standardową wiedzę, jaką powinien posiadać, aby dobrze rozumieć zawiłości kierujące magiczną społecznością.
Przechadzając się alejkami, czuł się tu wybitnie niepotrzebny. Nie działo się tu absolutnie nic, na co powinien jako auror zwrócić uwagę, ale nie mogli wrócić z Ashling do domu jeszcze do północy. Niechęć do przebywania tu dzisiaj potęgował fakt, że na miejscu kazano mu zjawić się w pełnym umundurowaniu. Ciężkie, okute metalem buty zwracały na niego uwagę gapiów przy każdym kroku tylko po to, aby szybko uciekano od niego spojrzeniem. No bo przecież był żywym, namacalnym dowodem tego, że chociaż wokół panowała luźna i przyjemna atmosfera, to wciąż nie mogli czuć się tutaj bezpieczni. Sytuacja w Wielkiej Brytanii była wyjątkowo napięta. I chociaż z jednej strony to było dobrze, że tutaj był - bo przecież po to mu płacono z pieniędzy Ministerialnych, żeby ich chronił i wiedział dobrze, że to rozumieli... po prostu... Od dawna nie było na żadnym sabacie aż tylu przedstawicieli Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a przynajmniej nie rzucali się w oczy aż tak bardzo, jak dzisiaj.
Rozdzielił się ze swoją partnerką kilkanaście minut temu. Mieli za jakiś czas spotkać się nieopodal ogniska i nadal robić jakieś przygłupie zakłady o to, kto tym razem przypali sobie tyłek. Teraz rozglądał się wokół, doszukując się wśród zgromadzonych jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Zebrani tu czarodzieje bawili się w najlepsze, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Mógłby ich zagadać, ale nie chciał nikogo niepokoić swoją obecnością. Wystarczyło mu, że wszyscy schodzili na jego widok z drogi.
Wydawało się, że Moody mógłby zasnąć i nic by go nie ominęło.
I wtedy stało się to.
Słysząc uniesiony, zdenerwowany głos staruszki, od razu skierował się w stronę jego źródła, instynktownie chwytając za rękojeść hikorowej różdżki. Sauriel Rookwood nie był kimś, kogo Alastor kojarzył, ale... tak, to nieładnie oceniać ludzi po wyglądzie, ale ciężko było oprzeć się wrażeniu, że pan Rookwood prezentował się jak stereotypowy, uliczny opryszek. Moody zareagował więc szybko. Wręcz przerażająco szybko jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą snuł się nieopodal nieco rozkojarzony. Na tym jednak polegała jego praca. Wystarczyło dobyć broni o sekundę za późno i to on mógł pożegnać się ze swoim życiem. Błyskawicznie znalazł się pomiędzy wampirem i atakującą go kobieciną.
- Proszę się uspokoić.
I jak to można było w takiej historii przewidzieć - rozdzielił ich nie po to, aby przyznać Rookwoodowi rację, albo przynajmniej zapytać o detale sytuacji. Jasne oczy i zmarszczone brwi od razu go zdradziły - kłopoty Sauriela nie miały końca.
- Podkomisarz Moody, Biuro Aurorów, proszę o okazanie dokumentu tożsamości.
Błyszcząca odznaka, którą okazał mu na jedną tysięczną sekundy (chuj wie po co, bo w tym mundurze i tak wyglądał, jakby miał zaraz wsiąść na motor i jechać na poligon) miała najwyraźniej potwierdzić wiarygodność tego, że był przedstawicielem służb specjalnych, reagującym na dramaty losowych ludzi na kompletnym wypiździewiu.
Kobiecina coś tam jeszcze do niego huczała, że go powinien aresztować i zaprowadzić na dołek, że ona prawie upadła i by jej wypadło biodro, a to już jest przecież usiłowanie morderstwa, że współcześni faceci to myślą tylko o jednym, oczywiście oprócz pana panie Moody, pan może szuka żony? Wszystkie te słowa wpadały mu do głowy jednym uchem i wypadały drugim, bo myśli miał skupione wokół osoby stojącej naprzeciw niego. Takie wizerunki notowało się głęboko w pamięci.
Przechadzając się alejkami, czuł się tu wybitnie niepotrzebny. Nie działo się tu absolutnie nic, na co powinien jako auror zwrócić uwagę, ale nie mogli wrócić z Ashling do domu jeszcze do północy. Niechęć do przebywania tu dzisiaj potęgował fakt, że na miejscu kazano mu zjawić się w pełnym umundurowaniu. Ciężkie, okute metalem buty zwracały na niego uwagę gapiów przy każdym kroku tylko po to, aby szybko uciekano od niego spojrzeniem. No bo przecież był żywym, namacalnym dowodem tego, że chociaż wokół panowała luźna i przyjemna atmosfera, to wciąż nie mogli czuć się tutaj bezpieczni. Sytuacja w Wielkiej Brytanii była wyjątkowo napięta. I chociaż z jednej strony to było dobrze, że tutaj był - bo przecież po to mu płacono z pieniędzy Ministerialnych, żeby ich chronił i wiedział dobrze, że to rozumieli... po prostu... Od dawna nie było na żadnym sabacie aż tylu przedstawicieli Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a przynajmniej nie rzucali się w oczy aż tak bardzo, jak dzisiaj.
Rozdzielił się ze swoją partnerką kilkanaście minut temu. Mieli za jakiś czas spotkać się nieopodal ogniska i nadal robić jakieś przygłupie zakłady o to, kto tym razem przypali sobie tyłek. Teraz rozglądał się wokół, doszukując się wśród zgromadzonych jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Zebrani tu czarodzieje bawili się w najlepsze, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Mógłby ich zagadać, ale nie chciał nikogo niepokoić swoją obecnością. Wystarczyło mu, że wszyscy schodzili na jego widok z drogi.
Wydawało się, że Moody mógłby zasnąć i nic by go nie ominęło.
I wtedy stało się to.
Słysząc uniesiony, zdenerwowany głos staruszki, od razu skierował się w stronę jego źródła, instynktownie chwytając za rękojeść hikorowej różdżki. Sauriel Rookwood nie był kimś, kogo Alastor kojarzył, ale... tak, to nieładnie oceniać ludzi po wyglądzie, ale ciężko było oprzeć się wrażeniu, że pan Rookwood prezentował się jak stereotypowy, uliczny opryszek. Moody zareagował więc szybko. Wręcz przerażająco szybko jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą snuł się nieopodal nieco rozkojarzony. Na tym jednak polegała jego praca. Wystarczyło dobyć broni o sekundę za późno i to on mógł pożegnać się ze swoim życiem. Błyskawicznie znalazł się pomiędzy wampirem i atakującą go kobieciną.
- Proszę się uspokoić.
I jak to można było w takiej historii przewidzieć - rozdzielił ich nie po to, aby przyznać Rookwoodowi rację, albo przynajmniej zapytać o detale sytuacji. Jasne oczy i zmarszczone brwi od razu go zdradziły - kłopoty Sauriela nie miały końca.
- Podkomisarz Moody, Biuro Aurorów, proszę o okazanie dokumentu tożsamości.
Błyszcząca odznaka, którą okazał mu na jedną tysięczną sekundy (chuj wie po co, bo w tym mundurze i tak wyglądał, jakby miał zaraz wsiąść na motor i jechać na poligon) miała najwyraźniej potwierdzić wiarygodność tego, że był przedstawicielem służb specjalnych, reagującym na dramaty losowych ludzi na kompletnym wypiździewiu.
Kobiecina coś tam jeszcze do niego huczała, że go powinien aresztować i zaprowadzić na dołek, że ona prawie upadła i by jej wypadło biodro, a to już jest przecież usiłowanie morderstwa, że współcześni faceci to myślą tylko o jednym, oczywiście oprócz pana panie Moody, pan może szuka żony? Wszystkie te słowa wpadały mu do głowy jednym uchem i wypadały drugim, bo myśli miał skupione wokół osoby stojącej naprzeciw niego. Takie wizerunki notowało się głęboko w pamięci.
fear is the mind-killer.