Nie dało się temu zaprzeczyć. W Ministerstwie Magii, posługiwanie się nazwiskiem Mulciber sprawiało, że z miejsca dostawałeś jakieś -100% do szansy na szybkie oraz odpowiednie załatwienie swojej sprawy. Mogło być tego ewentualnie odrobinę mniej, ale niedużo. Zapracowali sobie na taki stan rzeczy. Całkiem sami. Włożyli w to wszystko sporo ciężkiej pracy. Czy jednak rzeczywiście znaczyło to, iż opcja, w której to Lorien zabrała Sophie na przesłuchanie była dla kogokolwiek opcją lepszą? Robert niekoniecznie skłonny był się z tym zgodzić. Wynikało to jednak przede wszystkim z jednego powodu – czuł, że nie ma nad tą sprawą kontroli. A uczucie utraty kontroli była czymś, z czym niekoniecznie dobrze sobie radził.
Nie wchodził jednak z synem w dyskusje na ten konkretny temat. Ograniczył się jedynie do spojrzenia, które wyraźnie dawało do zrozumienia, co o tym myślał. Robertowi bardzo się to nie podobało i zapewne wyczułby to w tym momencie nawet i ślepiec.
Druga sprawa… tym już zająć się musieli. Tutaj konieczne było to, żeby porządnie wszystko sprawdzić. Nie mogli ryzykować. On ryzykować nie mógł. Czuł, że niewiele brakowało, żeby wylądował wreszcie w tym paskudnym biurze, tuż obok syna – na stałe, również będąc poszukiwanym przez Biuro Aurorów oraz Brygadę Uderzeniową. Nie wydawało mu się, żeby popadał w paranoje. Nie wydawało mu się, żeby jego obawy były na wyrost.
Słuchał Stanleya uważnie, obserwując przy tym każdy jego krok. Czy coś było na rzeczy? Słusznie dopytywał?
- No... tutaj pojawia się problem. Sauriel ma to do siebie, że uwielbia klepać jęzorem... – jakby Robert tego nie wiedział! Dobry był z niego chłopak, ale miał jeden problem. Za dużo gadał i czasami zdarzało się też, że za mało przy tym myślał. A jeśli nawet zdarzyło się, że myślał, to niestety niekoniecznie o tym, o czym myśleć powinien.
Nie odezwał się, pozwolił synowi kontynuować. Oparł się jednak głową o prawą rękę. Łokieć natomiast wylądował na biurku. Oczy zamiast na Stanleya, skierowane były na szklankę, w której wciąż znajdywał się alkohol. Jej jednak również nie zdecydował się ruszyć. A kusiło. Naprawdę kusiło, żeby wlać w siebie całą zawartość i poprosić dzieciaka o więcej.
Poprosić go o znacznie więcej alkoholu.
Kiedy na stole wylądował słoik, spojrzał pierw na ogórki, następnie na syna i kolejny raz na ogórki. Chyba nie do końca za wszystkim nadążał. Możliwe, że coś mu umknęło.
- Zamiast starać się zadbać o swoją sytuacje, zajmujesz się tym? Zachciało Ci się nagle zostać ogórkowym baronem? – niby głosu nie podniósł, nie za bardzo, ale dało się w nim wychwycić jakąś taką nutę… no nie wszystko było w porządku. Jeszcze chwila i łeb mu pewnie eksploduje. Nieznacznie pulsować zaczął już teraz. Ah te nerwy. Wyprostował się. Wciągnął powietrze i je wypuścił. Spojrzał przez moment w kierunku sufitu.
Uspokój się – przeszło mu przez myśl. Tyle tylko, że uspokojenie się nie było prostym zadaniem, kiedy czułeś, że wszystko wymyka Ci się spod kontroli; kiedy czułeś, że już nie panujesz nad niczym. Robert tego uczucia naprawdę nienawidził. O tym jednak mówiliśmy wcześniej. I to nie takie znowu odległe było to wcześniej.
Sięgnął po szklankę. Wlał pozostałą zawartość prosto do gardła. Następnie zaś po prostu cisnął nią w kierunku jednej ze ścian. Musiał jakoś dać upust tym wszystkim emocjom. Z jego perspektywy – wszystko się właśnie pierdoliło. Wszystko się komplikowało. Prawdopodobnie, oczyma wyobraźni widział już szykowaną dla siebie, wygodną cele w Azkabanie. Może nawet trafiłby do takiej znajdującej się całkiem blisko tej, w której umieszczono Juliusa?
- Żadna z powyższych osób? ŻADNA Z POWYŻSZYCH OSÓB?! Rozumiem, że żadnej z tych osób nie podejrzewałeś również o to, że ściągnie Ciebie na to całe Widowisko Randkowe TYLKO PO TO, ŻEBY SPRÓBOWAĆ DOKONAĆ ARESZTOWANIA? – podniósł głos. Wyraźnie zaakcentował niektóre fragmenty wypowiedzi. Podniósł też swój tyłek z krzesła. Ręce oparł na biurku. Pochylił się nad nim. Tak, że znalazł się nagle znacznie bliżej syna. Czy kiedykolwiek ktokolwiek widział Roberta w takim stanie? – Lepiej to kurwa jakoś załatw, zanim sam będę musiał się tym zainteresować.
Mimo wszystko dawał mu jednak szanse. Ostrzegał. Dawał wybór Zajmiesz się tym Ty, albo zrobię to ja. W powietrzu wisiało zarazem niewypowiedziane: jeśli zrobię to ja, niekonieczne to się Tobie spodoba. Być może nawet nie spodoba się to Tobie wcale.