08.08.2024, 23:55 ✶
Kończę tańczyć z Morpheusem.
Chciała wydusić z niego odpowiedź. Chciała wiedzieć wszystko, żeby móc zrobić wszystko, aby tylko mu pomóc. Chciała zobaczyć w jego smutnych, umęczonych, sarnich oczach choć trochę mniej zmęczenia i więcej radości.
— Dobrze wiesz, że najchętniej drążyłabym do skutku, ale nie zapowiada się, aby był na to odpowiedni wieczór. — Westchnęła ostatecznie, chyba zrezygnowana. Naprawdę musiała przestać to robić — wciskać nosa w nie swoje sprawy i oczekiwać, że druga osoba zgodzi się na dobrowolne wylanie wszystkich smutków, coby pani Longbottom mogła choć trochę ulżyć swojemu sumieniu. No, i oczywiście sercu. Cudzemu.
Czuła jak Morpheus napina się nagle, jak strzela wzrokiem wszędzie tylko nie w jej stronę, jak miga się od jej spojrzenia, którym ciągle starała się go złapać. Ostatecznie ona sama drgnęła, instynktownie ścisnęła jego dłoń.
— Proszę, nie mów tak — szepnęła początkowo, czując jak głos więźnie jej w gardle. — Mój drogi, pamiętaj, że zawsze znajdzie się dla Ciebie miejsce w moim domu. Więc bij tymi przysłowiowymi oknami, ale przecież dobrze wiesz gdzie mam drzwi. Choćby w środku nocy, z samego rana czy najzwyczajniejszym popołudniem.
Nie miała czasami pojęcia, co siedziało mu pod kopułą; jakie przemyślenia zatruwały umysł, jakie problemy zaprzątały zakręty zwojów i powstrzymywały przepływ trzeźwych, zdrowych myśli. Zawsze wydawał się jej dziwnym dzieciakiem, odkąd tylko po raz pierwszy przekroczyła progi Warowni i Woody przedstawił ją swojej rodzinie.
Ale od zawsze wiedziała, że kocha go jak własnego brata.
Odchrząknęła, starając się strzepnąć z głosu jakiekolwiek oznaki wcześniejszej chrypy.
— Nie wiem — odparła całkowicie szczerze, gdy zatrzymali się, aby obejrzeć deszcz perseidów. — Gdzie potrzeba poniesie. Gdzie bliscy dobiją do brzegu. Gdzie wiatr najbardziej zarzuci mi włosami.
Miała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy poczuła dotyk w lewe ramię. Myślała, że to właśnie towarzyszący Longbottom zdecydował się pobawić jej lokami, filuternie zakręcić kilka kosmyków na palec, ale…
Puściła szwagra, złapała liścik i otworzyła go, rozpoznając pismo od razu. Naprawdę próbowała się nie zaśmiać. Naprawdę. Nie mogła jednak powstrzymać parsknięcia, a potem czegoś na kształt stłumionego, wręcz głupiego chichotu, gdy rozbawił ją zwyczajny absurd i nagłość sytuacji. Potem zostało tylko przewrócenie oczami, gdy ponownie skierowała spojrzenie na spadające gwiazdy i westchnęła, nagle czując ciężar na barkach.
Żeby wszystko było, jak dawniej.
— Wybacz, kochany, ale chyba będę już uciekać. Pamiętaj, proszę, o tym, co powiedziałam. Zobaczymy się… później. Tak, później.
Serwetka wylądowała w kieszonce narzuty, a Tessa ucałowała Morpheusa w policzek na pożegnanie. Nie żegnała się z nikim innym i miała nadzieję, że jej wybaczą. Miała już swoje lata, a poza tym, to było już dawno po dobranocce.
Postać opuszcza sesję
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you