09.08.2024, 10:45 ✶
Magiczne Różności -> Wyroby p. Zamfir
Nie wiem czy świat jest gotowy na utratę tak niezwykłych nadgarstków.- Ze śmiechem przyłożyła dramatycznie dłoń do czoła, jakby sama wizja przyprawiała ją o udrękę.
A potem… rozpętała się kolejna bójka. Z jakiegoś powodu awantury ciągnęły się dziś za Lorien jak cień. Coś co wcześniej starała się puścić mimo uszu teraz skupiło całą jej uwagę. Zwłaszcza w chwili, gdy jedna rudowłosa rzuciła się z impetem na stolik, który nagłego kontaktu najwyraźniej... nie przetrwał (?) i się wywrócił. A wraz z nim całkiem sporo rzeczy.
Lorien oglądała to co się działo z… wyjątkowo nieprofesjonalnym zafascynowaniem i ciekawością wymalowaną na twarzy. Jak ogląda się wypadek miotlarski - człowiek chciał się zająć swoimi sprawami, ignorować to wszystko, ale wzrok za każdym razem uciekał w stronę tragicznego wydarzenia.
W dodatku, w przeciwieństwie do reszty zebranych Mulciber naprawdę poczuła się w obowiązku do pomocy Tristanowi. Jego status krwi w tej chwili zepchnęła do podświadomości - na przymusowej emeryturze czy nie, Ward był jej podopiecznym. Jej Departament go zawiódł w najtrudniejszym momencie. Poczucie wstydu górowało nad wyuczoną niechęcią.
Już miała otworzyć usta, żeby zaprotestować. Wezwać aurorów. Zrobić cokolwiek.
Ale nie zdążyła.
Pisnęła zaskoczona, gdy została absolutnie wbrew własnej woli odciągnięta, a jej pisk jak zwykle przypominał bardziej ptasi odgłos niż ludzki dźwięk.
Jeżeli czegoś pani Mulciber nienawidziła z głębi duszy, to jakiegokolwiek przytrzymywania. Ciągnięcia za sobą jak małej, prześlicznej laleczki; kukiełki, którą można było bez problemu przestawić z kąta w kąt. Przypominania o tym jak jest drobna i słaba i jak niewiele potrzeba, żeby ją fizycznie zdominować. W sekundę pobladła, czując jak serce nieznośnie przyspiesza w irytacji i… strachu. Może irracjonalnego. Z pewnością niepotrzebnego, bo nie podejrzewała Anthony’ego o jakiekolwiek złe intencje. Lęk tkwił jednak dużo głębiej. Zakorzeniony przez lata rozpaczliwego utrzymania się z głową nad powierzchnią jeziora, w świecie gdzie czasem trzeba było zabić by nie być zabitym.
Czym innym było chodzenie pod rękę, gdzie to Lorien mogła decydować o tempie marszu. Nie stroniła od dotyku, bo pozwalał jej na dyktowanie swoich warunków lepiej niż słowa. Ale tu balans sił został zachwiany, a szala przechyliła się niebezpiecznie na jedną ze stron. Gdy otrząsnęła się z tego pierwszego szoku i niedowierzania byli już w połowie drogi od stoiska
- Puść mnie.- Powiedziała. Nie. Lorien tego wręcz zażądała, a z jej głosu zniknęła słodka, włoska maniera. Perfekcyjna angielszczyzna połączona z nieznoszącym sprzeciwu tonem, który całkiem skutecznie tuszował wszystkie emocje czarownicy. Jeśli Anthony zerknął w dół mógł zauważyć, że w jej dłoni pojawiła się różdżka, dotychczas schowana bezpiecznie w ukrytej kieszeni w rękawie szaty. W dodatku kobieta nie zdążyła ściągnąć z palca pierścionka, za który nie zdążyła zapłacić i z jakiegoś powodu ten fakt irytował ją nawet bardziej niż to absolutnie karygodne zachowanie przyjaciela.
Nie za bardzo przejmując się potencjalnymi świadkami tego wszystkiego, szarpnęła się na tyle na ile była w stanie, próbując samodzielnie uwolnić się z uścisku Shafiq'a.
Rzut na AF, żeby sprawdzić czy adrenalina zrobi swoje i zdoła się uwolnić:
Rzut T 1d100 - 48
Akcja nieudana
Akcja nieudana