09.08.2024, 17:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2024, 18:01 przez Lorien Mulciber.)
Lorien bywała brutalna.
Co gorsza zdawała się być owej brutalności w pełni świadoma, obserwując jak Anthony się powoli wycofuje. Ucieka. Bo przecież właśnie tacy byli, prawda? Uciekali do swoich bezpiecznych światów, gdzie mogli śnić małe sny o pięknym świecie. Takim, gdzie każde uczucie jest czymś więcej niż pustymi obietnicami, na których spełnienie wiecznie będzie brakować czasu.
Miłość.
Choć czarownica zdawała się być jedną z tych co życie kochać powinni najmocniej - kosztując każdą sekundę tego przepięknego ciepła, nim przybędą jej jeźdźcy apokalipsy - żałoba, rozpacz, ból i żal; to właśnie miłość była czymś czego Lorien w pełni nie potrafiła pojąć, muskając ją niczym taflę nieruchomego jeziora i przeglądając się we własnym zniekształconym odbiciu. Niczym zaklęty Narcyz z podań starożytnych cywilizacji, wpatrywała się w kobalt przeklętych jeszcze przed narodzinami oczu i czuła, że to ta w wodzie jest nią.
Martwą za życia.
Dlatego właśnie nie skorzystała z przysługującego jej prawa łaski. Obserwowała ze swojego tronu tego nieszczęsnego nagiego króla, próbującego ukryć twarz za maską, gdy prowadzono go na stracenie.
Vive la révolution. Vive l’amour. Long live… the Queen?
Jej spojrzenie było uważne, z wciąż tlącą się głęboką fascynacją swojego odkrycia. Ale naukowiec nie zakochuje się we własnej idei. Nie. Każdy szanujący się badacz pragnie ostatecznie przeprowadzić wiwisekcję. Nawet jeśli pozwoliła mu zachować tą resztkę godności i wybrać język - przecież nie na słowach jej zależała. Ich zrozumieć nawet nie chciała. Zdawały się być niepotrzebne, trywialne w ogromie emocji jakie za nimi stały. Znała Anthony’ego wystarczająco dobrze by wiedzieć, że i tak jego opowieść będzie szyfrem; subtelnym muskaniem płomienia lecz nigdy na tyle, by się sparzyć. Ukrywanie się za metaforami było dziecinną zabawą w kotka i myszkę, gdzie nikt nie mógł ci niczego zarzucić; zaprzeczyć; odtrącić.
Nikt nie może cię skrzywdzić gdy twoją bronią są zagadki i niedomówienia.
Historii nie rozumiała, a jednak same dźwięki przywodziły na myśl słodkie wspomnienia z czasów, gdy piaski arabskich pustyń stały się na krótki moment jej domem. Gdy przepuszczała promienie słońca przez szczupłe palce, wpatrując się w świat zza muślinowych i jedwabnych zasłon.
Zbierała tą melancholię, żal, a ostatecznie i namiastkę czystego szczęścia do szklanych buteleczek, tych które można kupić na każdym arabskim bazarze. Ustawiała je z czcią i namaszczeniem na stoliku w pałacu pamięci, obiecując sobie, że takiego właśnie Anthony’ego spróbuje zapamiętać, gdy… Gdy to wszystko wreszcie się skończy.
A potem powróciło włoskie słońce, znajoma melodia, której się nie spodziewała.
- Nie chcę śnić, skoro sen stał się prawdą.
Nie poruszyła się. Pozwalała miłej dla duszy i umysłu ciszy rozlać się po pokoju. Opowiedziana historia utknęła w fałdach materiału, z którego uszyto ich szaty, w jej długich lokach, w jego błyszczących oczach. Ale każda opowieść potrzebowała swojej siostry bliźniaczki. Dlatego tym razem odezwała się Lorien.
- Znałam kiedyś człowieka, którego modlitwą stały się proste słowa. Szeptał je w niemal nabożnym uniesieniu każdej bezchmurnej nocy, wznosząc oczy ku niebu, w nadziei że gwiazdy mu odpowiedzą.- Zaczęła cicho, obracając w palcach kieliszek. Przechylając go z uwagą i precyzją, pozwalając winu w kolorze płynnych rubinów drżeć na krawędzi szkła. A jednak nawet jedna kropla nie spadła na jej szatę, na fotel, w którym się wygodnie rozsiadła.- Uwierz, że to sen. Szeptał ów człowiek, a z każdym kolejnym oddechem jego dusza tonęła w miłości. Głębiej i głębiej, aż… przestał widzieć gwiazdy. Ktoś czyjego oczy skrywały wszelką prawdę stał się nędzarzem i ślepcem.- Przymknęła na moment powieki, upijając kolejny łyk wina, choć to z coraz większym trudem przechodziło jej przez gardło.- Twoje szczęście jest moim szczęściem, wiesz to. Lecz proszę cię nie zapomnij w swojej ucieczce, że noce i tak przeminą. Każda gwiazda w końcu zgaśnie. I gdy pochylisz się, by szepnąć jedno słodkie "uwierz, że to sen" - pamiętaj, że od losu nędzarza dzieli cię tylko odrobina czasu.
Odstawiła kieliszek na stół, nie planując pić ani kropli zdradliwego wina więcej. Choć równie dobrze mógłby napełnić szkło trucizną, a wypiłaby ją z toastem na ustach.
Co gorsza zdawała się być owej brutalności w pełni świadoma, obserwując jak Anthony się powoli wycofuje. Ucieka. Bo przecież właśnie tacy byli, prawda? Uciekali do swoich bezpiecznych światów, gdzie mogli śnić małe sny o pięknym świecie. Takim, gdzie każde uczucie jest czymś więcej niż pustymi obietnicami, na których spełnienie wiecznie będzie brakować czasu.
Miłość.
Choć czarownica zdawała się być jedną z tych co życie kochać powinni najmocniej - kosztując każdą sekundę tego przepięknego ciepła, nim przybędą jej jeźdźcy apokalipsy - żałoba, rozpacz, ból i żal; to właśnie miłość była czymś czego Lorien w pełni nie potrafiła pojąć, muskając ją niczym taflę nieruchomego jeziora i przeglądając się we własnym zniekształconym odbiciu. Niczym zaklęty Narcyz z podań starożytnych cywilizacji, wpatrywała się w kobalt przeklętych jeszcze przed narodzinami oczu i czuła, że to ta w wodzie jest nią.
Martwą za życia.
Dlatego właśnie nie skorzystała z przysługującego jej prawa łaski. Obserwowała ze swojego tronu tego nieszczęsnego nagiego króla, próbującego ukryć twarz za maską, gdy prowadzono go na stracenie.
Vive la révolution. Vive l’amour. Long live… the Queen?
Jej spojrzenie było uważne, z wciąż tlącą się głęboką fascynacją swojego odkrycia. Ale naukowiec nie zakochuje się we własnej idei. Nie. Każdy szanujący się badacz pragnie ostatecznie przeprowadzić wiwisekcję. Nawet jeśli pozwoliła mu zachować tą resztkę godności i wybrać język - przecież nie na słowach jej zależała. Ich zrozumieć nawet nie chciała. Zdawały się być niepotrzebne, trywialne w ogromie emocji jakie za nimi stały. Znała Anthony’ego wystarczająco dobrze by wiedzieć, że i tak jego opowieść będzie szyfrem; subtelnym muskaniem płomienia lecz nigdy na tyle, by się sparzyć. Ukrywanie się za metaforami było dziecinną zabawą w kotka i myszkę, gdzie nikt nie mógł ci niczego zarzucić; zaprzeczyć; odtrącić.
Nikt nie może cię skrzywdzić gdy twoją bronią są zagadki i niedomówienia.
Historii nie rozumiała, a jednak same dźwięki przywodziły na myśl słodkie wspomnienia z czasów, gdy piaski arabskich pustyń stały się na krótki moment jej domem. Gdy przepuszczała promienie słońca przez szczupłe palce, wpatrując się w świat zza muślinowych i jedwabnych zasłon.
Zbierała tą melancholię, żal, a ostatecznie i namiastkę czystego szczęścia do szklanych buteleczek, tych które można kupić na każdym arabskim bazarze. Ustawiała je z czcią i namaszczeniem na stoliku w pałacu pamięci, obiecując sobie, że takiego właśnie Anthony’ego spróbuje zapamiętać, gdy… Gdy to wszystko wreszcie się skończy.
A potem powróciło włoskie słońce, znajoma melodia, której się nie spodziewała.
- Nie chcę śnić, skoro sen stał się prawdą.
Nie poruszyła się. Pozwalała miłej dla duszy i umysłu ciszy rozlać się po pokoju. Opowiedziana historia utknęła w fałdach materiału, z którego uszyto ich szaty, w jej długich lokach, w jego błyszczących oczach. Ale każda opowieść potrzebowała swojej siostry bliźniaczki. Dlatego tym razem odezwała się Lorien.
- Znałam kiedyś człowieka, którego modlitwą stały się proste słowa. Szeptał je w niemal nabożnym uniesieniu każdej bezchmurnej nocy, wznosząc oczy ku niebu, w nadziei że gwiazdy mu odpowiedzą.- Zaczęła cicho, obracając w palcach kieliszek. Przechylając go z uwagą i precyzją, pozwalając winu w kolorze płynnych rubinów drżeć na krawędzi szkła. A jednak nawet jedna kropla nie spadła na jej szatę, na fotel, w którym się wygodnie rozsiadła.- Uwierz, że to sen. Szeptał ów człowiek, a z każdym kolejnym oddechem jego dusza tonęła w miłości. Głębiej i głębiej, aż… przestał widzieć gwiazdy. Ktoś czyjego oczy skrywały wszelką prawdę stał się nędzarzem i ślepcem.- Przymknęła na moment powieki, upijając kolejny łyk wina, choć to z coraz większym trudem przechodziło jej przez gardło.- Twoje szczęście jest moim szczęściem, wiesz to. Lecz proszę cię nie zapomnij w swojej ucieczce, że noce i tak przeminą. Każda gwiazda w końcu zgaśnie. I gdy pochylisz się, by szepnąć jedno słodkie "uwierz, że to sen" - pamiętaj, że od losu nędzarza dzieli cię tylko odrobina czasu.
Odstawiła kieliszek na stół, nie planując pić ani kropli zdradliwego wina więcej. Choć równie dobrze mógłby napełnić szkło trucizną, a wypiłaby ją z toastem na ustach.