I na tym rozdrożu tak łatwo było się zagubić. Podjąć złą decyzję, postawić zły bet - zainwestujesz pieniądze tam, gdzie nie trzeba i nagle orientujesz się, że zostałeś z nawet mniej niż niczym. Tak jak źle zainwestowane mogły być uczucia. Miłość do słońca, miłość do księżyca - Sauriel tak ukochał blask promieni, że większość swojego czasu w Hogwarcie spędził nie kryjąc się po kątach, a wygrzewając na słońcu na parapetach okien, na murach, leżąc na trawie razem z Fergusem i wyliczając chmury sunące po niebie. W romantyzmie chwili - ta przypominała penisa, a tamta skaczącego kota. Ta źle zainwestowana miłość, która nie mogła oczekiwać na wydarzenia przyszłe, bo nie spodziewała się takiego zakończenia i rozstania z pięknym Heliosem. Nie mógł się spodziewać. Tak samo jak po rozstaniu nie spodziewał się, że ta miłość zabije jeszcze raz. Pojawi się na nowo, obejmie go ramionami i przypomni, że on zapomniał dobrowolnie, żeby zapomnieć, ale Helios nie zapomniał nigdy. I nigdy nie odczuwał smutku rozstania - on jedynie cieszył się z powitania. Z radością go wyczekiwał, jakby [wiedząc lepiej] to było tylko mrugnięcie okiem. Musiał na chwilę wypuścić kochanka z ramion, żeby móc go na nowo objąć, przecież tak to zawsze było. Szokujące, jakim kryzysem mogła stać się chwila radości. Jak radość potrafiła stać się chwilą słabości.
Więc to całe życie było pogubione, zatracone i wszystko się mieszało. Miało być inaczej, on miał być inny, MY mieliśmy być inni. Pewnie i tak poznałby słodką Victorię, która byłaby dla niego ciepłymi promieniami, o których wspominał tylko wtedy, kiedy melancholia była kołdrą na jego martwym ciele pod ziemiami Rookwoodów. Więc teraz się trząsł, jak trzęsły mu się myśli, odbijając między tym, że w ogóle nie powinno go tutaj być, że chciał umrzeć, a tym, że nie powinien tak traktować Victorii i powinien ją przepraszać. Przeprosić za wszystko - za to, co mógł jej dać, ale jej nie zaofiarował; za to, co mogło być, ale czego nie odważył się otwierać; za to, że samolubnie brał tylko tyle, ile chciał i dawał tyle, ile chciał, a nie pozwalał jej wtrącić tego, ile ona i czego by chciała. Samolubny, głupi kot i jego zakochana kotka.
Obejrzał się na nią, kiedy powiedziała, by na nią spojrzał. Bo to wszystko było możliwe. To życie jeszcze nie było przegrane, ten czas jeszcze nie był stracony. Nie żył. Był kurwa martwy. Przez jego myśli przebiegał krzyk, żeby już więcej nie robiła tego eliksiru, dała sobie spokój, to zbyt niebezpieczne - a jak Joseph się dowie o czymś takim? Co wtedy? Ale to był krzyk myśli, a wcale nie czuł, jakby miał (mógł) krzyczeć. Nie wiedział sam, co czuł, co myślał, co widział, ale wiedział, co słyszał - obietnicę, której poszukiwał, której potrzebował, której chciał. I nie chciał zarazem. Na nowo żyć marzeniami? Jakiż to pastelowy byłby świat...
Zrobił ku niej ten jeden krok, ujął jej twarz w swoje dłonie i ucałował jej usta. Tak gwałtownie, że tylko ona mogłaby tchnąć w niego oddech. Nie mogła... a przynajmniej nie mogła teraz.
Świat możliwości otwierał przed wieloma nowe wrota.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.