10.08.2024, 23:53 ✶
Trzymając kartkę z odpowiedzią, Dolohov uśmiechnął się nieznacznie. Widział, jak towarzysząca mu koleżanka marszczy brwi w zaciekawieniu, ale nie powiedział nic, bo to była jego chwila na przeżywanie. Nie wstydził się wysłać tego liściku, nie wstydził się też odpowiedzi, jakakolwiek by ona nie była. Astrologia była tematem poruszanym tak często, że nikogo na sali na pewno nie dziwiło, że akurat on gadał z kimś o horoskopach, ale... prawda była przecież inna. To nie była zwykła rozmowa. To nie był ktoś. Od wczoraj wszystko to było niezwykłe, a ten ktoś miał imię, kształt i stałe miejsce w jego myślach. Nie chciał opuścić ich przez resztę nocy. Nawet kiedy chłopakowi wreszcie udało się zasnąć - Morpheus nawiedził go w snach.
Teraz jedną kartką zapisaną kilkoma znakami, rył w głowie Dolohova swoje miejsce jeszcze wyraźniej. Nieświadomie przygryzł trzymany w dłoni ołówek i spojrzał w kierunku Longbottoma, ciekawy czy złapie z nim kontakt wzrokowy i jeżeli to się stało, uśmiechnął się nieznacznie. Nie zarumienił się, bo zbyt dobrze grał, żeby wydać się w takiej sytuacji, ale po wyrazie jego twarzy dało się zgadnąć, że intensywnie się na czymś skupia.
- Znowu coś liczysz? - Zapytała dziewczyna siedząca obok niego, kiedy zaczął w charakterystyczny sposób poruszać palcami.
- Tak - skłamał od razu, bardzo naturalnie, w rzeczywistości znajdując się gdzieś kilkanaście godzin wstecz, dokładnie w tej sekundzie, w którym dotykał palców zaciśniętych na swojej piżamie.
Czego spodziewać się mógł Morpheus? Czy spodziewał się czegokolwiek...? Ostatecznie nie zadał tam żadnego pytania, ale Dolohov mógł przecież wpaść na to, żeby odesłać mu w odpowiedzi równowarte informacje. Zamiast tego zaproponował pani prefekt udanie się do biblioteki i jak gdyby nigdy nic zniknął, chociaż przed chwilą zdawał się posyłać mu sugestywne spojrzenia. Intensywność rozmów wokół miejsca, w którym siedział do tej pory momentalnie zmalała, nikt już przecież nie próbował zwrócić na siebie jego uwagi, skoro postanowił zmyć się ze śniadania, zanim zjadł cokolwiek.
Nie dał mu jednak spokoju.
Pojawił się znowu - w sytuacji niekoniecznie spodziewanej, kiedy Longbottom schował się za jednym z posągów przy drodze prowadzącej na szkolne błonia i przymknął oczy, poddając się narastającemu w ciągu dnia zmęczeniu. Przerwa pomiędzy zajęciami była na tyle długa, żeby nie poświęcać jej jedynie na przejście przez korytarze, ale zbyt krótka, aby zdecydować się na drzemkę. Była za to idealna, żeby na moment schować się przed cudzymi oczami i odetchnąć. Istniało jednak oko, przed którym nie dało się schronić w ten sposób.
- Widziałem jak się tu snujesz. Przy śniadaniu - oświadczył, wyłaniając się nagle zza posągu, chociaż zaczynając wypowiedź, niby nie mógł mieć pewności, że Morpheus na pewno się tam znajduje. Od razu widać było, że czegoś chce. Sposób chodu, to jak idealnie ułożył swoje włosy, a teraz frywolnie badał wzrokiem przemęczoną z jego winy twarz. Nic sobie z tego przemęczenia nie robił. Oparł się ramieniem o kamienny piedestał i stał tak, próbując wyczuć, jaki panował pomiędzy nimi nastrój, zanim powie coś bardzo, bardzo głupiego.
Teraz jedną kartką zapisaną kilkoma znakami, rył w głowie Dolohova swoje miejsce jeszcze wyraźniej. Nieświadomie przygryzł trzymany w dłoni ołówek i spojrzał w kierunku Longbottoma, ciekawy czy złapie z nim kontakt wzrokowy i jeżeli to się stało, uśmiechnął się nieznacznie. Nie zarumienił się, bo zbyt dobrze grał, żeby wydać się w takiej sytuacji, ale po wyrazie jego twarzy dało się zgadnąć, że intensywnie się na czymś skupia.
- Znowu coś liczysz? - Zapytała dziewczyna siedząca obok niego, kiedy zaczął w charakterystyczny sposób poruszać palcami.
- Tak - skłamał od razu, bardzo naturalnie, w rzeczywistości znajdując się gdzieś kilkanaście godzin wstecz, dokładnie w tej sekundzie, w którym dotykał palców zaciśniętych na swojej piżamie.
Czego spodziewać się mógł Morpheus? Czy spodziewał się czegokolwiek...? Ostatecznie nie zadał tam żadnego pytania, ale Dolohov mógł przecież wpaść na to, żeby odesłać mu w odpowiedzi równowarte informacje. Zamiast tego zaproponował pani prefekt udanie się do biblioteki i jak gdyby nigdy nic zniknął, chociaż przed chwilą zdawał się posyłać mu sugestywne spojrzenia. Intensywność rozmów wokół miejsca, w którym siedział do tej pory momentalnie zmalała, nikt już przecież nie próbował zwrócić na siebie jego uwagi, skoro postanowił zmyć się ze śniadania, zanim zjadł cokolwiek.
Nie dał mu jednak spokoju.
Pojawił się znowu - w sytuacji niekoniecznie spodziewanej, kiedy Longbottom schował się za jednym z posągów przy drodze prowadzącej na szkolne błonia i przymknął oczy, poddając się narastającemu w ciągu dnia zmęczeniu. Przerwa pomiędzy zajęciami była na tyle długa, żeby nie poświęcać jej jedynie na przejście przez korytarze, ale zbyt krótka, aby zdecydować się na drzemkę. Była za to idealna, żeby na moment schować się przed cudzymi oczami i odetchnąć. Istniało jednak oko, przed którym nie dało się schronić w ten sposób.
- Widziałem jak się tu snujesz. Przy śniadaniu - oświadczył, wyłaniając się nagle zza posągu, chociaż zaczynając wypowiedź, niby nie mógł mieć pewności, że Morpheus na pewno się tam znajduje. Od razu widać było, że czegoś chce. Sposób chodu, to jak idealnie ułożył swoje włosy, a teraz frywolnie badał wzrokiem przemęczoną z jego winy twarz. Nic sobie z tego przemęczenia nie robił. Oparł się ramieniem o kamienny piedestał i stał tak, próbując wyczuć, jaki panował pomiędzy nimi nastrój, zanim powie coś bardzo, bardzo głupiego.
with all due respect, which is none