Początek dnia był pełen ekscytacji, pokłosia poprzedniego wieczoru i porannej wiadomości. Przesłał Vakelowi tak zwaną Wielką Trójkę, którą zwykle kierowali się początkujący praktykanci wiedzy astrologicznej. Były tranzyty, które dało określić się jedynie za pomocą godziny urodzenia, tak jak mógł odtworzyć czyjąś datę przyjścia na świat znając jedynie miesiąc i jego zachowanie. Z czasem wystarczyłby mu rok. Nie wskazał mu za to domów i predyspozycji, nie podał dokładnej godziny i miejsca, chociaż tego dało się domyślić. Z godziną zwykle kłamał, bez względu na to, kto pytał. Wiedza między nim, jego matką i magimedykiem, który przyjmował jego poród. Nie chodziło w tym o jakieś zwodzenie Dolohova, lecz zwykłe pragnienie bycia adorowanym również w drugą stronę. Próby odkrywania, kim jest.
Później jednak była już równia pochyła w dół. Nie dość, że wszyscy byli w rozluźnionym nastroju, całe ciało pedagogicznej, brać studencka i pion administracyjno-konserwatorski, to Morpheus próbował dorównać ich ekscytacji, zachęcał co bardziej wycofanych Krukonów do gier i czynnej partycypacji w świecie. Najwięcej pracy było z pierwszoroczniakami z rodzin mugolskich, które nie rozumiały święta, wychowując się w tradycjach chrześcijańskich.
Oparł się o zimną ścianę i zamknął oczy. Spokój jednak nie przyszedł, zamiast tego odgłos kroków, który mnożył się, podwójny, przyszłość śledziła teraźniejszość. Przytępiony umysł nie dał rady zidentyfikować kroków, głos za to przeszył go przyjemnym uczuciem na dnie żołądka. Nie uniósł powiek, ale arogancka podkowa jego ust uniosła się do czegoś, co zdecydowanie było wyznacznikiem dobrego humoru.
Ze swoim rzymskim profilem i dobrze skrojoną szatą pasował do figury uczonego, opierając się biodrami o postument głębokiego wykuszu. Gdyby zaczarować jego koloryt w szary, mógłby być pamiątkowym posągiem. Nie był ładnym chłopcem ani wyjątkowo przystojnym, ale jego uroda miała w sobie coś ponadczasowego. Zwłaszcza tracił, gdy chował obsydiany spojrzenia, tak jak w tym momencie.
— Nie zmrużyłem przez ciebie oka — odpowiedział cicho, w oku pojawił się filuterny błysk. Chodziło o zagadkę? Nie wyglądał, jakby tego dotyczył jego komentarz. Z bliska zaś wyglądał, jakby nie spał pięć lat, a nie jedną noc, na dodatek na policzkach pojawiły się pierwsze, jeszcze dość miękkie igiełki zarostu. Chociaż wzór miał jeszcze rzadki i nierówny, a włos raczej godny śmiechu, od jakiegoś czasu trzymał razem z mydłem, szczotką i ulizanną, również brzytwę.
W końcu otworzył jedno oko, trochę jak kot i dłonią poklepal kamienną ścianę obok siebie, aby Vasiyenka zetknął się z nim, stojąc ramię w ramię. Wyglądał spokojnie ale gdzieś przy szyi i ramionach tkwiło uważne napięcie.