12.08.2024, 10:42 ✶
Spodziewał się emocjonalnej reakcji? Dyskusji i potyczek rodem z piaskownicy? Wybuchów złości, albo przestawiania listy argumentów. Te by usłyszał?
Nie.
Nie?
Zmrużyła delikatnie powieki. Wyprostowała się w fotelu, najwyraźniej bardziej zaintrygowana niż przejęta. Pozwoliła mu dokończyć myśl, a jednak całą sobą, lekką mową ciała mówiła jasne "ale to nie do mnie tak." Może i była zmęczona. Może i ostatnie tygodnie były piekłem. Ale nie po to się z niego wygrzebała, wypłynęła na powierzchnię tego przeklętego bagna by teraz spotkać się z biernym oporem w sprawie, o której dyskusja w ogóle nie powinna mieć miejsca.
- Mam wrażenie, że źle zaczęliśmy tą rozmowę…- Zaczęła wyjątkowo spolegliwie. I to już samo w sobie było podejrzane. Nie było wielką tajemnicą, że cały ten spokój był tylko na pokaz. Wyciszona kadzidłami i eliksirami jakie dostała od rodziców, Lorien niczym wprawny linoskoczek balansowała nad przerażającą otchłanią swoich własnych uczuć. - Chcesz odzyskać żonę? Czy chcesz ją sobie ulepić na nowo z gliny zaszczepionych przez wychowanie i konwenanse oczekiwań? - Zapytała spokojnie. Aż nazbyt spokojnie jak na siebie.
Zrobię wszystko, żeby naprawdę wróciła.
“Nic nie zrobisz.” Zdawało się mówić jej spojrzenie, choć ciężko powiedzieć czy takie były intencje, bo Lorien nie wyglądała jakby w ogóle dyskusję zamierzała ciągnąć. Mogli się jak dzieci przekonywać czyje “nie” jest bardziej… niejsze, czy coś. Ale w ostatecznym rozrachunku to i tak nie miało żadnego znaczenia. Czarownica do pracy wrócić musiała, bo nigdy wcześniej okazanie siły przez Ministerstwo Magii nie było zadaniem tak kluczowym.
A jednak w tym wszystkim tkwiło ziarno złości. Irytacji. Bo zachowanie Roberta, jakkolwiek logiczne i sensowne by się nie zdawało - budziło jej naturalny sprzeciw. Czuła się przede wszystkim zwyczajnie okłamana. Przyjechała do domu pełnego źle wychowanych dzieciaków, w którym nie mogła odpocząć za grosz. A gdy próbowała odpocząć - to słyszała wyrzuty o tym, że się nie meldowała przed wyjściem. A kiedy próbowała tłumaczyć, że wcale tak nie było i wybiórcze słuchanie męża nie jest jej problemem - to robił się problem o pracę. Zacisnęła usta, uznając, że nie będzie sobie strzępić języka słowami w stylu “jeśli chciałeś niańkę do córki i bratanków, trzeba było zatrudnić dodatkowego skrzata, a mnie zostawić w świętym spokoju w Szkocji".
Nie zareagowała na głaskanie po włosach, nie drgnęła. Nie odsunęła się, bo choć dotyk męża sam w sobie niechciany, dał jej dodatkową sekundę do namysłu, do ogarnięcia na czym aktualnie stoją. Jak przesunąć granicę, by okazała się satysfakcjonująca dla nich obojga. Nawet jeśli uszczęśliwianie Roberta leżało gdzieś daleko poza zakresem jej zainteresowań w tym momencie.
Jakaś mała cząstka duszy czarownicy nawet chciała wierzyć w słowa męża. W tą troskę, Ale ta naiwna cząstka została bardzo szybko zduszona w zarodku. W tym małżeństwie nie było miejsca na czułość, troskę czy nie daj Matko, miłość.
- Robercie, jestem twoją żoną, ale przede wszystkim jestem Sędzią Wizengamotu. Jestem urzędnikiem państwowym w służbie naszemu społeczeństwu i proszę cię, nie zapominaj o tym.- Choć padło piękne “proszę” to same słowa kobiety jak prośba nie brzmiały.- Przemyślę to.- Kłamstwo.- Porozmawiam z doktorem Prewettem i Samanthą.- Kolejne. W dodatku jasno dające do zrozumienia, że czynny udział w tej sprawie pana Mulcibera kończy się tu i teraz.- O czymś jeszcze chciałeś porozmawiać?
Nie.
Nie?
Zmrużyła delikatnie powieki. Wyprostowała się w fotelu, najwyraźniej bardziej zaintrygowana niż przejęta. Pozwoliła mu dokończyć myśl, a jednak całą sobą, lekką mową ciała mówiła jasne "ale to nie do mnie tak." Może i była zmęczona. Może i ostatnie tygodnie były piekłem. Ale nie po to się z niego wygrzebała, wypłynęła na powierzchnię tego przeklętego bagna by teraz spotkać się z biernym oporem w sprawie, o której dyskusja w ogóle nie powinna mieć miejsca.
- Mam wrażenie, że źle zaczęliśmy tą rozmowę…- Zaczęła wyjątkowo spolegliwie. I to już samo w sobie było podejrzane. Nie było wielką tajemnicą, że cały ten spokój był tylko na pokaz. Wyciszona kadzidłami i eliksirami jakie dostała od rodziców, Lorien niczym wprawny linoskoczek balansowała nad przerażającą otchłanią swoich własnych uczuć. - Chcesz odzyskać żonę? Czy chcesz ją sobie ulepić na nowo z gliny zaszczepionych przez wychowanie i konwenanse oczekiwań? - Zapytała spokojnie. Aż nazbyt spokojnie jak na siebie.
Zrobię wszystko, żeby naprawdę wróciła.
“Nic nie zrobisz.” Zdawało się mówić jej spojrzenie, choć ciężko powiedzieć czy takie były intencje, bo Lorien nie wyglądała jakby w ogóle dyskusję zamierzała ciągnąć. Mogli się jak dzieci przekonywać czyje “nie” jest bardziej… niejsze, czy coś. Ale w ostatecznym rozrachunku to i tak nie miało żadnego znaczenia. Czarownica do pracy wrócić musiała, bo nigdy wcześniej okazanie siły przez Ministerstwo Magii nie było zadaniem tak kluczowym.
A jednak w tym wszystkim tkwiło ziarno złości. Irytacji. Bo zachowanie Roberta, jakkolwiek logiczne i sensowne by się nie zdawało - budziło jej naturalny sprzeciw. Czuła się przede wszystkim zwyczajnie okłamana. Przyjechała do domu pełnego źle wychowanych dzieciaków, w którym nie mogła odpocząć za grosz. A gdy próbowała odpocząć - to słyszała wyrzuty o tym, że się nie meldowała przed wyjściem. A kiedy próbowała tłumaczyć, że wcale tak nie było i wybiórcze słuchanie męża nie jest jej problemem - to robił się problem o pracę. Zacisnęła usta, uznając, że nie będzie sobie strzępić języka słowami w stylu “jeśli chciałeś niańkę do córki i bratanków, trzeba było zatrudnić dodatkowego skrzata, a mnie zostawić w świętym spokoju w Szkocji".
Nie zareagowała na głaskanie po włosach, nie drgnęła. Nie odsunęła się, bo choć dotyk męża sam w sobie niechciany, dał jej dodatkową sekundę do namysłu, do ogarnięcia na czym aktualnie stoją. Jak przesunąć granicę, by okazała się satysfakcjonująca dla nich obojga. Nawet jeśli uszczęśliwianie Roberta leżało gdzieś daleko poza zakresem jej zainteresowań w tym momencie.
Jakaś mała cząstka duszy czarownicy nawet chciała wierzyć w słowa męża. W tą troskę, Ale ta naiwna cząstka została bardzo szybko zduszona w zarodku. W tym małżeństwie nie było miejsca na czułość, troskę czy nie daj Matko, miłość.
- Robercie, jestem twoją żoną, ale przede wszystkim jestem Sędzią Wizengamotu. Jestem urzędnikiem państwowym w służbie naszemu społeczeństwu i proszę cię, nie zapominaj o tym.- Choć padło piękne “proszę” to same słowa kobiety jak prośba nie brzmiały.- Przemyślę to.- Kłamstwo.- Porozmawiam z doktorem Prewettem i Samanthą.- Kolejne. W dodatku jasno dające do zrozumienia, że czynny udział w tej sprawie pana Mulcibera kończy się tu i teraz.- O czymś jeszcze chciałeś porozmawiać?