rozmawiam z Millie i Bertiem idąc do stoiska z cytrynówką, po czym widzę zamieszanie ze świeczką
– Można tak powiedzieć – bohaterka? Może jakaś jej część chciała nią być, ale nie uważała się za kogoś takiego. Szła przez życie wedle tego, co uważała, że powinna robić: pomagać ludziom i udało jej się to połączyć też z tym, co tak bardzo ją fascynowało. – Proszę tak nie mówić. Każdy z nas ma swoje miejsce w życiu i żaden zawód nie jest ważniejszy do drugiego. Dla mnie na przykład również może być pan bohaterem, czekoladki i fasolki zdecydowanie umilają dni na wykopaliskach – i mówiła to całkowicie serio, zresztą uśmiechnęła się szczerze do Botta. – Swoją drogą to naprawdę fascynujący pomysł, te fasolki wszystkich smaków – całkowicie skradły jej serce w momencie, kiedy Cathal zapoznał ją z tym niesamowitym konceptem.
Było jej po prawdzie obojętne, jaki ta świeczka będzie miała kolor, więc poprosiła o żółtą, bo to było pierwsze, co jej przyszło do głowy i za chwilę odebrała pakuneczek, który schowała sobie do torby i zaraz przekazała też odpowiednią kwotę pieniędzy.
– Jest też loteria? Ooo… nie wiedziałam nawet – kiedy tu się pojawiła, spóźniona przeokrutnie, to skupiła się na przechadzaniu pomiędzy straganami, nawet nie zauważyła kolejki do loterii. Więc w sumie to też mogła o tym przypomnieć pannie Moody, bo sama chętnie by się tam zabrała. Nie wiedziała, za kim się rozglądali, więc sama patrzyła tylko po okolicznych straganach, aż chyba w tym samym momencie co Millie, oczy jej spoczęły na drugim szyldzie z nazwiskiem Mulciber… a potem dostrzegła znajomą blond czuprynę i lekko przekrzywiła głowę.
– Przykro mi – powiedziała szczerze na wyznanie Moody, że jej już skoczyły się babcie, a jedno uderzenie serca później pomyślała sobie, że może w takim razie jej tego babcinego ducha brakuje i chciałaby… – Możesz nas kiedyś odwiedzić, jeśli chcesz. Moja babcia nie ma zbyt wielu wnucząt, właściwie to w okolicy obecnie jestem tylko ja, a zawsze chciała mieć gromadkę dzieci do rozpieszczania – za to miała gromadkę zwierząt… – A wyglądasz mi na kogoś, kogo chętnie rozpieściłaby babcinym obiadem – i na kogoś, kto chyba tych babcinych obiadków bardzo potrzebował… Ginny taka już była: z sercem na dłoni, tym bardziej, że miała wrażenie, że Millie pod tą fasadą krzykliwości jest w głębi duszy smutną osobą. Może się myliła i może nie powinna zapraszać do siebie obcych, ale… Brygadzistka nie mogła być przecież złą osobą, tak? – Pewnie – dodała zresztą i ruszyli w tamtym kierunku.
Tylko po to, by wejść w sam środek… zamieszania?
Guinevere zdawało się, że widziała jakiś lecący obiekt, kiedy zbliżali się do straganu, i zdaje się, że ugodził w kucającego towarzysza Laurenta, którego wydawało jej się, że widziała wcześniej. Zaś teraz już była pewna, że to on, bo dotarli do straganu w momencie, kiedy Prewett właśnie wyrzucał z siebie potok myśli w kierunku mężczyzny stojącego za stoiskiem.
– Jakiś problem? – rzuciła z ostrożnością, gotowa nawet zareagować – bo taka właśnie była. Nie pozwoliłaby skrzywdzić nikogo niewinnego, bezbronnego… Nigdy też wcześniej nie widziała, by Laurent zachowywał się i mówił do kogokolwiek w ten sposób, więc teraz jej czujne spojrzenie, które wcale nie było już jasnobrązowe, a złotawe, o pionowych źrenicach, poruszało się od osoby, do osoby, na moment zatrzymując się też na stojącym kawałek dalej czarnowłosym mężczyźnie.