Morpheus zaśmiał się, perliście, ale nieco za głośno, aby było to wiarygodne. Poprawił teatralnie swoją czarną szatą i złapał rąbek czerwonego sari, które nadęło się powietrzem, jak mordercza bandera, aby skłonić się trójce przyjaciół.
Do twarzy mu było w ciepłych tonacjach, prawie dało się zapomnieć o siwych skroniach i zmarszczkach, prawie znów miał dwadzieścia lat. Przetrzeźwiał zdecydowanie, adrenalina zadziałała, może ogień płomiennego boga, tak odmiennego od tego, który swoim wspomnieniem palił jego wspomnienia.
— Sądzę, że to ta tiara. Dzięki niej zostałem waszą księżniczką, a Antoniuszowi brakuje partnerki — wziął przyjaciela pod ramię. Słowa i gesty, które nigdy by nie padały, gdyby nie mgła dookoła nich, w końcu przez tyle lat udawał absolutnie nie zainteresowanego swoją płcią. Podrywał modelki Rosierów, rozmawiał z dziewczętami na wydaniu, pojawiał się na jakichś przyjęciach z wdowami, budował swoją reputację bawidamka. Aby nikt nie widział o tym, co robił w ukryciu. Inne podejście niż Antoniusza, bo kobiety same w sobie mu się podobały. Kochał być kochanym. Zdawał sobie jednak sprawę ze swojej fiksacji. Nigdy nie będę kochał, tak mówił i to była prawda. Budził się nocami, z obcą osobą obok, chował twarz w dłonie i myślał o kimś innym, kto patrzy na niego z obojętnością i mówi: a nie mówiłem?
Nie skupiał się jednak na swoim bólu, który odpłynął razem z alkoholem, lecz w całym teatrzyku przyglądał się Jonathanowi. Znał tę pasję, te uczucia, które widział na jego twarzy. Zupełnie tak samo, gdy on pozbijał wszystkie zegary w swoim zasięgu, tak Jonathan niszczył róże. Kwiaty zła.
— Ty też tego nie rób. Samotność rodzi durne pomysły, a to wesele wydaje się być ich pełne. Znajdźcie sobie jakieś drinki i młodą parkę do dręczenia, a na końcu zaproponujcie wymianę partnerami na noc i patrzcie jaka będzie reakcja. Albo będziecie mieć dobrą zabawę albo doprowadzicie do rozwodu, czyli dobrą zabawę. Nie ma przegranych.
Zdecydowanie zamierzał dotrzymać słowa i robić za przyzwoitkę Shafiq'a, bo obawiał się sam o siebie. Zresztą, zwyczajnie tęsknił za gadaniną przyjaciela, za ich rozmowami od serca, a ta noc wydawała się być doskonałą. Schował do kieszeni sentymenty i wzburzoną krew, a sama obecność Antoniusza gasiła jego pożary.
Rozeszli się, a mgła się rozwiała i pozostał tylko szkielet szklarni, pękające od różnicy temperatur szyby budynku, rysujące tajemnicze znaki przyszłości, jak lód pod stopami. Wiedziony przeczuciem Morpheus obejrzał się na szkło.
Schody (poprawa życia)
Rzut dla Jonathana
Szklanka (jedność)
Rzut dla Antoniusza
Gitara (szczęście w miłości)