12.08.2024, 18:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2024, 18:26 przez Cameron Lupin.)
Odpowiadam Florence i siedzę na kocu z Heather.
— T-tak... Niestety... T-t-to wina klifów! — Pokiwał energicznie głową, niezwykle doceniając to, że Florence nie była w najmniejszym stopniu świadoma tego, że jego kontuzja miała związek z lotem na miotle. — B-bardzo tu niebezpiecznie, jak na taką s-spokojną plażą.
Kuuuuuurwa, pomyślał z beznadzieją, zaciskając usta w cienką linię, gdy kobieta jednak nie poprzestała na szybkich życzeniach powrotu do zdrowia, a zamiast tego zaczęła mówić o kontakcie z administracją Szpitala św. Munga. Oczywiście. Nawet w takich chwilach myślała o tym, aby placówka funkcjonowała bez zarzutu, nawet jeśli taki idiota jak Lupin uszkodził się, wpływając tym samym na jakość działania całej maszyny, gdzie każdy wytwórca eliksirów i medyk był jedynie pojedynczą zębatką. I jeszcze to zaliczenie indywidualne... Początek września malował się wręcz cudownie
Objął pewniej Rudą, dopiero gdy Florence się oddaliła. Oparł policzek o jej ramię, ciesząc się jej obecnością. Faktycznie, wzięcie udział w tym głupim wyzwaniu nie było za mądre, ale co mógł poradzić? Jemu tak bardzo zależało na Heather, że nie chciał, aby musiała zmagać się z takimi rzeczami sama... Wystarczająco mocno przeżywał to, że codziennie ryzykowała potencjalne starcie z czarnoksiężnikami i Śmierciożercami, którzy mogli grasować na ulicach Londynu, więc chciał jakoś okazać swoje wsparcie. Nie przewidział, że jego fobie aż tak zepsują im wieczór.
— No patrz, co za zbieg okoliczności — mruknął, zerkając leniwie w nocne niebo. — Jak się urodziłaś, to rodzice pewnie też znaleźli spadające gwiazdy i wsadzili ci je w oczy. — Nachylił się ku narzeczonej, aby cmoknąć ją krótko w policzek. — Zaliczasz taki trochę powrót do korzeni teraz, co nie?
Westchnął cicho, wpatrując się w rozciągający się ponad ich głowami firmament. Teraz miał tylko jedno życzenie: Żeby Heather była bezpieczna. Co by się nie działo, chciał, aby przetrwali to razem. Nie wyobrażał sobie urwania tej historii przez jakiś wypadek czy tragedię. Nie po tym, co ich spotkało w ostatnich miesiącach... Atak na Charlesa, Beltane, które popchnęło ich ku sobie, oświadczyny... Tego wszystkiego było za dużo, aby po prostu odpuścić czy zwolnić tempo. Bez względu na wszystko, musieli patrzeć w przyszłość z nadzieją na lepsze jutro.
W pewnym momencie obchodów Cameron przysnął na kolanach Heather, budząc się dopiero nad ranem. Kiedy uchylił powieki, gości na plaży było zdecydowanie mniej, a od strony wody dochodził do niego przyjemny szum, jakby morze zapraszało go do tego, aby spędził w objęciach Morfeusza (nie tego, o którym myślicie).
— T-tak... Niestety... T-t-to wina klifów! — Pokiwał energicznie głową, niezwykle doceniając to, że Florence nie była w najmniejszym stopniu świadoma tego, że jego kontuzja miała związek z lotem na miotle. — B-bardzo tu niebezpiecznie, jak na taką s-spokojną plażą.
Kuuuuuurwa, pomyślał z beznadzieją, zaciskając usta w cienką linię, gdy kobieta jednak nie poprzestała na szybkich życzeniach powrotu do zdrowia, a zamiast tego zaczęła mówić o kontakcie z administracją Szpitala św. Munga. Oczywiście. Nawet w takich chwilach myślała o tym, aby placówka funkcjonowała bez zarzutu, nawet jeśli taki idiota jak Lupin uszkodził się, wpływając tym samym na jakość działania całej maszyny, gdzie każdy wytwórca eliksirów i medyk był jedynie pojedynczą zębatką. I jeszcze to zaliczenie indywidualne... Początek września malował się wręcz cudownie
Objął pewniej Rudą, dopiero gdy Florence się oddaliła. Oparł policzek o jej ramię, ciesząc się jej obecnością. Faktycznie, wzięcie udział w tym głupim wyzwaniu nie było za mądre, ale co mógł poradzić? Jemu tak bardzo zależało na Heather, że nie chciał, aby musiała zmagać się z takimi rzeczami sama... Wystarczająco mocno przeżywał to, że codziennie ryzykowała potencjalne starcie z czarnoksiężnikami i Śmierciożercami, którzy mogli grasować na ulicach Londynu, więc chciał jakoś okazać swoje wsparcie. Nie przewidział, że jego fobie aż tak zepsują im wieczór.
— No patrz, co za zbieg okoliczności — mruknął, zerkając leniwie w nocne niebo. — Jak się urodziłaś, to rodzice pewnie też znaleźli spadające gwiazdy i wsadzili ci je w oczy. — Nachylił się ku narzeczonej, aby cmoknąć ją krótko w policzek. — Zaliczasz taki trochę powrót do korzeni teraz, co nie?
Westchnął cicho, wpatrując się w rozciągający się ponad ich głowami firmament. Teraz miał tylko jedno życzenie: Żeby Heather była bezpieczna. Co by się nie działo, chciał, aby przetrwali to razem. Nie wyobrażał sobie urwania tej historii przez jakiś wypadek czy tragedię. Nie po tym, co ich spotkało w ostatnich miesiącach... Atak na Charlesa, Beltane, które popchnęło ich ku sobie, oświadczyny... Tego wszystkiego było za dużo, aby po prostu odpuścić czy zwolnić tempo. Bez względu na wszystko, musieli patrzeć w przyszłość z nadzieją na lepsze jutro.
W pewnym momencie obchodów Cameron przysnął na kolanach Heather, budząc się dopiero nad ranem. Kiedy uchylił powieki, gości na plaży było zdecydowanie mniej, a od strony wody dochodził do niego przyjemny szum, jakby morze zapraszało go do tego, aby spędził w objęciach Morfeusza (nie tego, o którym myślicie).