13.08.2024, 01:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 01:13 przez Oleander Crouch.)
Czasami wydawało mu się, że dławi się wypływającymi z ust słowami. Ich nurt stawał się zbyt wartki, a ilość myśli nazbyt gęsta, aby język wygiął się pod odpowiednim kątem, szczęki otworzyły wystarczająco, aby spomiędzy warg wysmyknęły się idealnie sklecone sentencje. Czuł jakby brakowało mu powietrza, łapczywie sięgał wtedy po szybkie rozluźnienie - przeróżne substancje, nie tylko alkohol, bywały jego wybawieniem. Nie miał ze sobą niczego, co mogłoby zażegnać ten przedziwny lęk, spięcie mięśni i natłok myśli, irracjonalne zdenerwowanie i nieumiejętność posiadania swych emocji w ryzach; nie gładził swych grzechów, powoli łamał deski zbudowanych na piasku sztywnych ram i zasad, aby wzniecić ogień, ogrzać się jego żrącymi właściwościami, poparzyć pomarańczem namiętności.
Słowa Desmonda o nienaturalności ich rozłąki sprawiły, że serce zabiło mu mocniej. Lekkie zmarszczenie nosa Malfoya nie mogło odebrać tej chwili pewnej wyjątkowości; wydawało się, jakby ciężary, które nosili dotychczas osobno, zelżały nieco, bo postanowili powoli przemóc się do wspólnego ich dźwigania. Wpierw starał się po sobie nie pokazywać jak istotny był ten krótki zlepek słów o naturalności ich relacji, ale ostatecznie uznał, że nie chce marnować energii na ukrywanie czegoś, co jest tak oczywiste. Sposób w jaki Malfoy wypowiedział każde słowo, w jaki ułożył tę sentencję, świadczył, że miał na ten temat wiele przemyśleń. Crouch doskonale zrozumiał przekaz, choć jego słowne wykonanie, jak zwykle, pozostawiało wiele do życzenia. Nie potrafił jednak oceniać blondyna surowo, wręcz odwrotnie, delektował się każdą próbą wyrażenia pozytywnych uczuć bądź myśli, nawet jeżeli były przekazane zwyczajowym monotonem. Uważał zachowania blondyna za bezpieczne, znane i w pewien, bardzo dziwny sposób rozczulające; spokojny Desmond kojarzył mu się z przyjemnie spędzonymi letnimi miesiącami, z zapachem wypełnionych jagodami ciastek, które wpierw wypiekała jego matka, a później sam blondyn, pilnując, aby odmierzyć idealną ilość cukru, aby nie zepsuć harmonijnego doznania. To wspomnienie spowodowało, że kąciki ust Oleandra uniosły się delikatnie, jak gdyby popychane letnim wiaterkiem, który ledwo wyginał trawy na łąkach Wiltshire.
Za każdym razem jak ją wspominam, przychodzi mi na myśl głęboki błękit twoich oczu, zechciał powiedzieć, ale jedynie rozprostował brwi, pozwalając mięśniom twarzy rozluźnić się i odpocząć, odetchnąć od napięcia w jakim wspomagały każdą wyrzuconą emocję.
- To bardzo miłe wspomnienie - szepnął jedynie, dość cicho, chociaż stojący w niewielkiej odległości Desmond mogł go doskonale usłyszeć. Niewypowiedziany komplement zawisł pomiędzy nimi, chociaż nie zagęścił atmosfery, zamiast pozwalać dźwiękom przekazać przyjemność, pozwolił sobie utrzymać kontakt wzrokowy z Malfoyem nieco dłużej; kompletnie nie skupiał się na utrzymaniu idealnych kolorów wystudiowanej kreacji, więc soczysta zieleń spowiła tęczówki jego oczu, wyganiając ciepło brązu i pozwalając wzrokowej harmonii spotkać się w barwach letniej sielanki.
Po chwili spuścił głowę, pozwalając aby srebrno-czarne loki opadły mu na skronie; sprężystość włosów łaskotała po łuku brwiowym i nosie, przetarł go palcem wskazującym. Spojrzenie wciąż miał utkwione w Desmondzie, chociaż nie odwrócił twarzy w jego stronę, gdy ten zdecydował się usiąść obok na białym płótnie przykrywającym mebel. Feerię barw w postaci portretu wsunął z powrotem do pokrowca, aby ten ukryć w fałdach materiału różowej marynarki.
Mimo powoli wypełniających go pozytywnych odczuciach, po tak emocjonalnej wypowiedzi, czuł się jakby opuściły go siły; uniesione wcześniej w prostej postawie ramiona teraz zawisły nieco, pozwalając materiałowi koszuli zsunąć się i odsłonić jeszcze więcej skóry. Umykająca gęstość atmosfery sprawiła, że wraz z emocjonalnym wyczerpaniem, któremu w końcu pozwolił wypełznąć z odmętów podświadomości, odczuł ulgę. Wrogość i oskarżycielski ton zniknęły w, wydawało mu się, pewnego rodzaju skrusze. Choć zazwyczaj napawał się wzrokiem i uwagą innych, w obecności Desmonda skupiał się również na nim samym; każdy krok, mrugnięcie, wykonany gest mogły znaczyć coś innego. Oleander nauczył się, co zwiastują dane zachowania lub za jakie emocje czy słowa odpowiadają, poruszał się w tym zakresie dość sprawnie, przychodziło mu to bez wysiłku i naturalnie. Znali się nazbyt długo, aby nie posiadał zrozumienia jak funkcjonuje drugi chłopak, często nawet o tym nie myślał, po prostu reagował na jego gesty i słowa w sposób, w jaki powinien był.
- Wiem jak skostniałe są ramy naszego społeczeństwa. Jestem samolubny, ale nie na tyle, aby decydować o czyimś losie, tym jak postrzegać będą go inni. Sam mogę wywoływać skandale, ale nie kosztem osób, na których mi zależy - odpowiedział nieco zawoalowane, ale wydawało mu się, że powinien zabrzmieć poważnie. Desmond był osobą, której rozpowiadanie takich rzeczy, mogłoby zniszczyć życie. Jakkolwiek nieprzyjemnym to było, Oleander rozumiał, że w takich realiach żyli.
Aby upewnić się, że blondyn nie ma w tym temacie już żadnych wątpliwości, odwrócił twarz w jego stronę, na tyle, na ile było to fizycznie możliwe - wciąż zerkał nań bardziej kątem oka. Przez sekundę zawiesił spojrzenie na wełnianej marynarce, ale zaraz wrócił wzrokiem do postaci Desmonda. Chociaż to zazwyczaj on sam chciał być podziwiany i poddawany głodnym spojrzeniom, tak w tej sytuacji napawał się już wystarczająco uwagą drugiej osoby; jasność wygiętej, białej koszuli podkreśliła cienie pod jasnymi oczyma. Choć były one martwiące, Oleander pomyślał jak atrakcyjnie wyglądała twarz blondyna, spowita przyklejonymi do lekko wilgotnego od potu czoła, kosmykami miękkich włosów. Zapragnął ich dotknąć, ale nawet nie uniósł ręki. Nie chciał sprawić, że przyjemność chwili, jaką przeżywał, zniknie.
- Czy to dlatego mało spałeś? Wyglądasz na zmęczonego - przygryzł wnętrze policzka, karcąc się w myślach. Niewytłumaczalna fala troski, jaka zalała go w momencie dostrzeżenia jak ciemne są worki pod oczyma Desmonda, nie pozwoliła przemilczeć tego pytania, zepchnąć go w odmęty podświadomości.
- Może zbytnio... nie wiem, może coś cię wzbrania przed odczuwaniem przyjemnych rzeczy? Mam wrażenie, że czasami odpychasz je od siebie specjalnie. Ale po co? Przecież chwile spędzone w letnim słońcu, na łące, są czymś miłym - starał się nie używać dobitnych i nacechowanych słów, trochę jakby próbował zaopiekować się porzuconym zwierzęciem, które wcześniej doznało wielkiej krzywdy, więc teraz należało się z nim obchodzić bardzo ostrożnie.
Nie był pewien czy jego zdania zaczęły być bardziej szczątkowe, dlatego, że był emocjonalnie wyczerpany i w końcu pozwolił to sobie odczuć, czy nagła bliskość osoby, której obecności pragnął od tak dawna, sprawiała, że ramiona okrywały mu się gęsią skórką w bardzo młodzieńczym podekscytowaniu.
Słowa Desmonda o nienaturalności ich rozłąki sprawiły, że serce zabiło mu mocniej. Lekkie zmarszczenie nosa Malfoya nie mogło odebrać tej chwili pewnej wyjątkowości; wydawało się, jakby ciężary, które nosili dotychczas osobno, zelżały nieco, bo postanowili powoli przemóc się do wspólnego ich dźwigania. Wpierw starał się po sobie nie pokazywać jak istotny był ten krótki zlepek słów o naturalności ich relacji, ale ostatecznie uznał, że nie chce marnować energii na ukrywanie czegoś, co jest tak oczywiste. Sposób w jaki Malfoy wypowiedział każde słowo, w jaki ułożył tę sentencję, świadczył, że miał na ten temat wiele przemyśleń. Crouch doskonale zrozumiał przekaz, choć jego słowne wykonanie, jak zwykle, pozostawiało wiele do życzenia. Nie potrafił jednak oceniać blondyna surowo, wręcz odwrotnie, delektował się każdą próbą wyrażenia pozytywnych uczuć bądź myśli, nawet jeżeli były przekazane zwyczajowym monotonem. Uważał zachowania blondyna za bezpieczne, znane i w pewien, bardzo dziwny sposób rozczulające; spokojny Desmond kojarzył mu się z przyjemnie spędzonymi letnimi miesiącami, z zapachem wypełnionych jagodami ciastek, które wpierw wypiekała jego matka, a później sam blondyn, pilnując, aby odmierzyć idealną ilość cukru, aby nie zepsuć harmonijnego doznania. To wspomnienie spowodowało, że kąciki ust Oleandra uniosły się delikatnie, jak gdyby popychane letnim wiaterkiem, który ledwo wyginał trawy na łąkach Wiltshire.
Za każdym razem jak ją wspominam, przychodzi mi na myśl głęboki błękit twoich oczu, zechciał powiedzieć, ale jedynie rozprostował brwi, pozwalając mięśniom twarzy rozluźnić się i odpocząć, odetchnąć od napięcia w jakim wspomagały każdą wyrzuconą emocję.
- To bardzo miłe wspomnienie - szepnął jedynie, dość cicho, chociaż stojący w niewielkiej odległości Desmond mogł go doskonale usłyszeć. Niewypowiedziany komplement zawisł pomiędzy nimi, chociaż nie zagęścił atmosfery, zamiast pozwalać dźwiękom przekazać przyjemność, pozwolił sobie utrzymać kontakt wzrokowy z Malfoyem nieco dłużej; kompletnie nie skupiał się na utrzymaniu idealnych kolorów wystudiowanej kreacji, więc soczysta zieleń spowiła tęczówki jego oczu, wyganiając ciepło brązu i pozwalając wzrokowej harmonii spotkać się w barwach letniej sielanki.
Po chwili spuścił głowę, pozwalając aby srebrno-czarne loki opadły mu na skronie; sprężystość włosów łaskotała po łuku brwiowym i nosie, przetarł go palcem wskazującym. Spojrzenie wciąż miał utkwione w Desmondzie, chociaż nie odwrócił twarzy w jego stronę, gdy ten zdecydował się usiąść obok na białym płótnie przykrywającym mebel. Feerię barw w postaci portretu wsunął z powrotem do pokrowca, aby ten ukryć w fałdach materiału różowej marynarki.
Mimo powoli wypełniających go pozytywnych odczuciach, po tak emocjonalnej wypowiedzi, czuł się jakby opuściły go siły; uniesione wcześniej w prostej postawie ramiona teraz zawisły nieco, pozwalając materiałowi koszuli zsunąć się i odsłonić jeszcze więcej skóry. Umykająca gęstość atmosfery sprawiła, że wraz z emocjonalnym wyczerpaniem, któremu w końcu pozwolił wypełznąć z odmętów podświadomości, odczuł ulgę. Wrogość i oskarżycielski ton zniknęły w, wydawało mu się, pewnego rodzaju skrusze. Choć zazwyczaj napawał się wzrokiem i uwagą innych, w obecności Desmonda skupiał się również na nim samym; każdy krok, mrugnięcie, wykonany gest mogły znaczyć coś innego. Oleander nauczył się, co zwiastują dane zachowania lub za jakie emocje czy słowa odpowiadają, poruszał się w tym zakresie dość sprawnie, przychodziło mu to bez wysiłku i naturalnie. Znali się nazbyt długo, aby nie posiadał zrozumienia jak funkcjonuje drugi chłopak, często nawet o tym nie myślał, po prostu reagował na jego gesty i słowa w sposób, w jaki powinien był.
- Wiem jak skostniałe są ramy naszego społeczeństwa. Jestem samolubny, ale nie na tyle, aby decydować o czyimś losie, tym jak postrzegać będą go inni. Sam mogę wywoływać skandale, ale nie kosztem osób, na których mi zależy - odpowiedział nieco zawoalowane, ale wydawało mu się, że powinien zabrzmieć poważnie. Desmond był osobą, której rozpowiadanie takich rzeczy, mogłoby zniszczyć życie. Jakkolwiek nieprzyjemnym to było, Oleander rozumiał, że w takich realiach żyli.
Aby upewnić się, że blondyn nie ma w tym temacie już żadnych wątpliwości, odwrócił twarz w jego stronę, na tyle, na ile było to fizycznie możliwe - wciąż zerkał nań bardziej kątem oka. Przez sekundę zawiesił spojrzenie na wełnianej marynarce, ale zaraz wrócił wzrokiem do postaci Desmonda. Chociaż to zazwyczaj on sam chciał być podziwiany i poddawany głodnym spojrzeniom, tak w tej sytuacji napawał się już wystarczająco uwagą drugiej osoby; jasność wygiętej, białej koszuli podkreśliła cienie pod jasnymi oczyma. Choć były one martwiące, Oleander pomyślał jak atrakcyjnie wyglądała twarz blondyna, spowita przyklejonymi do lekko wilgotnego od potu czoła, kosmykami miękkich włosów. Zapragnął ich dotknąć, ale nawet nie uniósł ręki. Nie chciał sprawić, że przyjemność chwili, jaką przeżywał, zniknie.
- Czy to dlatego mało spałeś? Wyglądasz na zmęczonego - przygryzł wnętrze policzka, karcąc się w myślach. Niewytłumaczalna fala troski, jaka zalała go w momencie dostrzeżenia jak ciemne są worki pod oczyma Desmonda, nie pozwoliła przemilczeć tego pytania, zepchnąć go w odmęty podświadomości.
- Może zbytnio... nie wiem, może coś cię wzbrania przed odczuwaniem przyjemnych rzeczy? Mam wrażenie, że czasami odpychasz je od siebie specjalnie. Ale po co? Przecież chwile spędzone w letnim słońcu, na łące, są czymś miłym - starał się nie używać dobitnych i nacechowanych słów, trochę jakby próbował zaopiekować się porzuconym zwierzęciem, które wcześniej doznało wielkiej krzywdy, więc teraz należało się z nim obchodzić bardzo ostrożnie.
Nie był pewien czy jego zdania zaczęły być bardziej szczątkowe, dlatego, że był emocjonalnie wyczerpany i w końcu pozwolił to sobie odczuć, czy nagła bliskość osoby, której obecności pragnął od tak dawna, sprawiała, że ramiona okrywały mu się gęsią skórką w bardzo młodzieńczym podekscytowaniu.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦