Oboje mieli więc bardzo kiepską noc, bo Victoria oka nie zmrużyła. Była nabuzowana przez większą część poprzedniego dnia, kiedy to wróciwszy nad ranem z wesela, poszła spać, a gdy wstała – bębny i wątpliwej jakości nakurwianie w przypadkowe instrumenty i sytuacja wcale się bardzo nie poprawiła, kiedy późnym wieczorem wróciła z pracy i dostała list od Laurenta, w którym pisał jej, że już wie, kto stał za oskubaniem biednego feniksa z piór i na domiar wszystkiego skrzywdził jeszcze inne zwierzęta w rezerwacie. I że była to ta sama osoba, która rzekomo mieszkała za ścianą jej mieszkania, ta sama, której ryki czasami słyszała, a kogo nie słyszał z kolei nikt inny. Rzekomo, ponieważ tej nocy, kiedy Victoria postanowiła wziąć sprawę we własne ręce i razem z Brenną włamały się do tego mieszkania to zastały… wielkie nic. Żadnych instrumentów, żadnych bębnów, żadnego zespołu muzycznego, ba – nawet żadnego człowieka żywego albo martwego. Właściwie to było tam tak, jakby wcale nikt tam nie mieszkał… A niedługo później odkryły za to coś innego, równie niepokojącego w jej własnym mieszkaniu. W jej salonie, który ścianą graniczył z tamtym mieszkaniem...
Że nie są w jej domu całkiem same z kotami, jak cały czas myślały.
I jak w takich warunkach w ogóle pójść spać? Zgoda, Victoria spała tu do tej pory, tak jak jej koty, ale w najśmielszych snach nie sądziła, że jest tu też jeszcze jakaś obecność, a gdy już wiedziała… Pomijając, ze cierpiała na bezsenność (za to miała cały zapas kadzideł i eliksirów), to po prostu nie zamierzała iść spać. Po prostu n i e.
Ten list napisany do Berhta w środku nocy był wyrazem naprawdę ogromnej desperacji. W końcu wyrwała się z rodzinnego domu, ze szponów własnej matki, z tej toksycznej relacji, w której Victoria niemalże nie miała prawda do własnego zdania, a tutaj… to. Taka niemiła niespodzianka, a było ciemno i późno, normalne osoby w tym czasie spały i kogo ona miała wyciągać z łóżka? Jasne, to mogło poczekać do rana… tylko wolałaby się pozbyć tego problemu jak najszybciej i nie słyszeć już tych wszystkich dźwięków, a poza tym skąd miała mieć pewność, że ten poltergeist nie odwali czegoś gorszego?
Siedziała jak na strunach w salonie, woląc mieć oko na nieproszonego gościa, pasażera na gapę, który też łypał do niej złym, wkurwionym okiem przepełnionym nienawiścią ze swojej kratki wentylacyjnej. Jej koty dotrzymywały jej towarzystwa, malutka czarna Luna wcisnęła się pomiędzy plecy Victorii a oparcie miękkiego fotela, a Błękitny Kwiatuszek leżał na rogu kanapy, przy stojącej obok na podłodze dekorowanej donicy z areką. Zaś w jej myślach kołatały się najróżniejsze scenariusze i prawdę powiedziawszy, to Victoria nie robiła się ani trochę bardziej spokojna. Ale w końcu nastąpiło upragnione pukanie do drzwi – a przez myśli Victorii przeszło błaganie, żeby to był Dægberht, a nie kto inny (cóż, to mógłby być tylko Sauriel i nie to, że nie ucieszyłaby się na jego widok, bo ucieszyła by się bardzo, ale bardzo, ale to bardzo potrzebowała teraz pomocy kogoś, kto potrafił egzorcyzmować duchy).
Bardzo szybko wstała z tego fotela, co spotkało się ze zdziwieniem wtulonego w nią koteczka i wybiegła na korytarz, a potem zbiegła po schodach na parter i dopadła do drzwi, Flint nie musiał więc wcale długo czekać na otwarcie.
– Leży związany jak baleron – wypaliła bez sensu na to przywitanie, ale zaraz rysy twarzy jej złagodniały i rzuciła się w objęcia Berhta, na chwilę zapominając o tym, jaka jest zimna i nieprzyjemna. – Wybacz – wymamrotała i zaraz się odsunęła. Nie była tym urażona, zdążyła się już przyzwyczaić do tego, jak nieprzyjemna jest dla ludzi i nie miała tego nikomu za złe. A przynajmniej starała się nie mieć. – Na Matkę, jak dobrze cię widzieć całego i w jednym kawałku. Dawno wróciłeś? – zagaiła, zamykając za nim drzwi do swojej kamienicy i pozwoliła sobie na chwilę przyjrzeć się dawno niewidzianemu przyjacielowi. Ale nie zmienił się jakoś bardzo, to nadal był ten sam Flinty, pachniał też tak, jak to zapamiętała. Dopiero teraz zwróciła uwagę na świeczkę, którą tak dumnie dzierżył w ręce o tym charakterystycznym fallicznym kształcie… Doskonale wiedziała, co to jest, bo sama miała ich kilka (uważała je za obrzydliwe i nie planowała ich używać… ale kupiła je na złość Robertowi Mulciberowi). Uniosła za to wyżej brwi, patrząc wymownie na Dægberhta – no bo świeca z afrodyzjakiem? Chyba nie miał zamiaru jej uwieść…?