Ta odpowiedź spowidowala, że Morpheus uniósł głowę lekko, aby mógł spojrzeć na Dolohova, otwierając przy tym jedno oko. Szukał w tej twarzy żartu, naigrywania się z niego, ale nie. Zresztą, jego matka budowała magimachiny, a ojciec mógł wyzwać kogoś na pojedynek i ten nie mógł mu odmówić, jedna szwagierka potrafiła zmieniać twarze, tak że nie rozpraszały się od zaklęć niszczących transmitacyjne przemiany, a druga nigdy się nie gubiła, natomiast jego przyjaciółka, prefekt Puchonów, była ognioodporna. Nie takie rzeczy widział świat magii, jak połykanie wiadomości. Przyjął to nader spokojnie, ale w jego wyrazie zabrakło zrozumienia do tych informacji. Wziął ją bardzo dosłownie, bo przez zmęczenie zabrakło mi wyobraźni.
— Mhm. Tak, dziewczyny chyba na to lecą. Ciężko jednak używać tekstów o gwiazdkach, gdy jest bardziej popularny jasnowidz w pobliżu.
Lekko szturchnął Dolohova w bok łokciem, przesuwając się trochę bardziej niż wypadało, na niego i niczym wahadło metronomu, wracając na miejsce. Znów zamknięte oczy i spokojny wypoczynek na jego ramieniu.
— Mój ulubiony kolor to niebieski wpadający w szary. A twój?
Rzeczy, których nie da się wyczytać z kosmogramów, obliczyć z numerologii czy stwierdzić za pomocą ścieżek tarota. Drobne rzeczy, które czynią ludzi ludźmi, a nie błędami statystycznymi w wielkiej matematyce wszechświata. Morpheus nie lubił myśleć o tym, że ludzie są sami w kosmosie i jednocześnie obawiał się niesamowicie, jak wygląda alternatywa tej samotności.