13.08.2024, 22:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 23:05 przez Anthony Shafiq.)
Dałem się złapać jak dziecko... – wyrzucił sobie, przywdziewając maskę słuchania z zainteresowaniem jej opowieści. Gładkie i znajome gesty przykrywały niezręczność, która zacisnęła jego gorejące serce, niczym okowy śniegu otaczające gorące, siarkowe źródła u podnóża wulkanu. Nie powinien jej opowiadać o tym w żadnym języku, mając pełnię świadomości tego, jak kształtowała się ich historia. Minęły lata, długie lata, a jednak po jej twarzy, po reakcji, w końcu po opowieści podanej w odpowiedzi widział wszystko to, czego nie chciał zobaczyć. Czy tak wyglądał te kilka miesięcy temu, gdy u jego boku ślubowała innemu? Czy tak lśniły jego oczy, czy tak układał się uśmiech i gratulacje, rozluźniające zwinięte w rulon trzewia? Nie mógłby jej odmówić przysługi, nawet jeśli zdawała mu się wtedy torturą. A może właśnie dlatego opowiedział jej jednym z języków pustynnych ludzi o czymś, czego ona odmawiała sobie doświadczyć? Z drugiej strony przyszło mu też na myśl, gdy obecna pani Mulciber raczyła go historią oblewającą dziegciem jego miodną beczkę, przyszło mu na myśl, że może za bardzo chciał zobaczyć w jej szczupłej twarzy, w jej ptasich przyruchach kogoś innego. Myśl ta co jakiś czas wracała od pamiętnej podróży, wyrzucał ją sobie, czuł ciężar winy, bez realnej przewiny większej niż tęsknota za martwą przyjaciółką, która niegdyś była jego małżonką. Może dlatego się odsłonił, licząc na to, że szczęście prawdziwie zostanie współdzielone. I było przecież, choć oboje sięgali raczej po wina cierpkie, smutne jak gorycz życia, w którym nie masz wpływu na jego długość, zwłaszcza, gdy nić trzymana przez Mojry nosi czarne smugi klątwy.
– Szczęśliwie mam poukrywane rezerwy w różnych miejscach świata, do których urząd podatkowy nie ma jak się dobrać, więc mimo wszystko zakładam, że nie zobaczysz mnie w roli nędzarza, nie zobaczysz mnie w życiu poniżej naszych standardów – zakpił lekko w ich ojczystej mowie, tak jakby nie rozumiał sensu jej słów, nie chcąc wchodzić głębiej w ich współdzielone szczęście, w ich współdzielony ból, we współdzieloną zazdrość. Zakpił z salonową gracją, dopijając pospiesznie wino, które w jego słowach i gestach straciło cały ciężar i głębie wspomnianego złamanego serca. Kiedy myślał o Lorien sięgał po inny trunek, kiedy chciał wspominać ostatnie spokojne chwile pośród piasków Jordanii, nim wszystko zniszczył. Nim sprawił, że ich znajomość przeszła na nieco inny, choć zdecydowanie nie oczekiwany poziom. Czy dałoby za dość sroczej próżności, gdyby wiedziała, że ich minione wspólne dni odmierzane są butelkami ukrytymi w podziemiach letniej rezydencji w Little Hangleton? Czy dałoby za dość świadomość jak cierpiał widząc, że z każdym razem ten zapas uszczupla się i przyjdzie dzień, gdy nie będzie ani jednej butelki niosącej słodko-gorzki smak tamtego czasu?
– Wybacz proszę Lorien, widzę przecież, że Twoje nerwy są w strzępkach, a ja zanudzam Cię ckliwymi opowiastkami o winie – ukrywał serce coraz bardziej – Lammas nie było dla Ciebie tak życzliwe. Powiedz mi, czy jest coś co mógłbym dla Ciebie zrobić w sprawach, które gnębią Twoje serce? – Nie wiedział do końca co to za sprawy są, wątpił aby to były dąsy na jego dość protekcjonalne zabranie jej spod jednego ze straganów. Oddał jej przestrzeń, rozsiadając się wygodniej w fotelu, przypatrując się pięknej twarzy noszącej alabastrowy smutek doprawiony ciężką przyprawą oczu, które zdawały się rząd wielkości starsze niż reszta filigranowego ciała.
– Szczęśliwie mam poukrywane rezerwy w różnych miejscach świata, do których urząd podatkowy nie ma jak się dobrać, więc mimo wszystko zakładam, że nie zobaczysz mnie w roli nędzarza, nie zobaczysz mnie w życiu poniżej naszych standardów – zakpił lekko w ich ojczystej mowie, tak jakby nie rozumiał sensu jej słów, nie chcąc wchodzić głębiej w ich współdzielone szczęście, w ich współdzielony ból, we współdzieloną zazdrość. Zakpił z salonową gracją, dopijając pospiesznie wino, które w jego słowach i gestach straciło cały ciężar i głębie wspomnianego złamanego serca. Kiedy myślał o Lorien sięgał po inny trunek, kiedy chciał wspominać ostatnie spokojne chwile pośród piasków Jordanii, nim wszystko zniszczył. Nim sprawił, że ich znajomość przeszła na nieco inny, choć zdecydowanie nie oczekiwany poziom. Czy dałoby za dość sroczej próżności, gdyby wiedziała, że ich minione wspólne dni odmierzane są butelkami ukrytymi w podziemiach letniej rezydencji w Little Hangleton? Czy dałoby za dość świadomość jak cierpiał widząc, że z każdym razem ten zapas uszczupla się i przyjdzie dzień, gdy nie będzie ani jednej butelki niosącej słodko-gorzki smak tamtego czasu?
– Wybacz proszę Lorien, widzę przecież, że Twoje nerwy są w strzępkach, a ja zanudzam Cię ckliwymi opowiastkami o winie – ukrywał serce coraz bardziej – Lammas nie było dla Ciebie tak życzliwe. Powiedz mi, czy jest coś co mógłbym dla Ciebie zrobić w sprawach, które gnębią Twoje serce? – Nie wiedział do końca co to za sprawy są, wątpił aby to były dąsy na jego dość protekcjonalne zabranie jej spod jednego ze straganów. Oddał jej przestrzeń, rozsiadając się wygodniej w fotelu, przypatrując się pięknej twarzy noszącej alabastrowy smutek doprawiony ciężką przyprawą oczu, które zdawały się rząd wielkości starsze niż reszta filigranowego ciała.