12.01.2023, 20:25 ✶
- Mam coś na twarzy? – zapytał, gdy dostrzegł, że dziewczyna mu się przygląda, a jej uśmiech znacząco osłabł, gdy ich spojrzenia się spotkały. Zdawała mu się aż nadto entuzjastyczna jak na kogoś, kto przyszedł tutaj z uszkodzoną różdżką. Uniósł brew, wciąż skonsternowany tym, kogo mu przypominała. Miał wrażenie, że odpowiedź była prostsza, niż mógłby się spodziewać, ale jednocześnie pewnie wpadnie na nią w środku nocy, gdy będzie już dawno po fakcie i powinien o wszystkim zapomnieć.
Gdyby Sophie zjawiła się w sklepie Ollivanderów trzy tygodnie wcześniej, pewnie zastałaby przyciągającą oko witrynę i bardziej przyjazne klientom wnętrze. Po nieszczęsnym włamaniu ojciec Fergusa postanowił jednak zrezygnować z wystawki przy szybie, która kusiłaby aż nadto lepkie ręce. Ekspozycja towaru w głównym pomieszczeniu też się zmniejszyła. Nie mogli ryzykować utraty kolejnych różdżek, zwłaszcza że ponieśli na tym nie tylko straty pieniężne. Część tych artefaktów została wykonana jeszcze za życia dziadka Fergusa, więc leżąc w sklepie były swego rodzaju pamiątkami, dziedzictwem po starym Ollivanderze.
- To raczej nie jest normalne, że różdżka przestaje działać po przejściu przez granicę. Chyba że uszkodzono ją na jakiejś odprawie. Od jak dawna to się dzieje? – zapytał, sięgając po różdżkę, którą dziewczyna położyła na ladzie. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc, z czym miał do czynienia. Na różdżkach stworzonych przez jego rodzinę zostawiano ślady, ukryte znaki, które informowały, że to ich wykonanie. Ta była zupełnie obca, a sądząc po akcencie klientki, chyba amerykańska. A to wróżyło kłopoty. – Co to za rdzeń? – zdziwił się, dostrzegając na różdżce szarawe odbarwienie, które nie było korozją drewna, a raczej jego brakiem. Tak jakby ktoś przypadkiem dokopał się do rdzenia, choć Fergus sam nie wiedział, czym to było. Chyba jakimś rogiem albo pazurem, z którym nie miał wcześniej do czynienia. Najwyraźniej powinien się podszkolić z tego, jak za granicą wytwarzano różdżki. Jeszcze tego mu do szczęścia brakowało. – Fergus – odpowiedział jej jeszcze instynktownie, nie do końca zwracając uwagę na to, że zapytała go o imię i czy w ogóle powinna. Dalej obracał w rękach jej różdżkę, szukając odpowiedzi na nurtujące go pytanie: co to, do cholery, jest?
Gdyby Sophie zjawiła się w sklepie Ollivanderów trzy tygodnie wcześniej, pewnie zastałaby przyciągającą oko witrynę i bardziej przyjazne klientom wnętrze. Po nieszczęsnym włamaniu ojciec Fergusa postanowił jednak zrezygnować z wystawki przy szybie, która kusiłaby aż nadto lepkie ręce. Ekspozycja towaru w głównym pomieszczeniu też się zmniejszyła. Nie mogli ryzykować utraty kolejnych różdżek, zwłaszcza że ponieśli na tym nie tylko straty pieniężne. Część tych artefaktów została wykonana jeszcze za życia dziadka Fergusa, więc leżąc w sklepie były swego rodzaju pamiątkami, dziedzictwem po starym Ollivanderze.
- To raczej nie jest normalne, że różdżka przestaje działać po przejściu przez granicę. Chyba że uszkodzono ją na jakiejś odprawie. Od jak dawna to się dzieje? – zapytał, sięgając po różdżkę, którą dziewczyna położyła na ladzie. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i zmarszczył brwi, nie do końca wiedząc, z czym miał do czynienia. Na różdżkach stworzonych przez jego rodzinę zostawiano ślady, ukryte znaki, które informowały, że to ich wykonanie. Ta była zupełnie obca, a sądząc po akcencie klientki, chyba amerykańska. A to wróżyło kłopoty. – Co to za rdzeń? – zdziwił się, dostrzegając na różdżce szarawe odbarwienie, które nie było korozją drewna, a raczej jego brakiem. Tak jakby ktoś przypadkiem dokopał się do rdzenia, choć Fergus sam nie wiedział, czym to było. Chyba jakimś rogiem albo pazurem, z którym nie miał wcześniej do czynienia. Najwyraźniej powinien się podszkolić z tego, jak za granicą wytwarzano różdżki. Jeszcze tego mu do szczęścia brakowało. – Fergus – odpowiedział jej jeszcze instynktownie, nie do końca zwracając uwagę na to, że zapytała go o imię i czy w ogóle powinna. Dalej obracał w rękach jej różdżkę, szukając odpowiedzi na nurtujące go pytanie: co to, do cholery, jest?