15.08.2024, 17:55 ✶
Zmiany w fizjonomii Morpheusa rzeczywiście mogły rzucić się w oczy Woody’emu, który nie widywał braciszka na co dzień. Pomijając najwcześniejsze dzieciństwo, ich etapy życiowe zupełnie się rozminęły i gdy jeden wyszedł ze szkoły, drugi jeszcze do niej nie zaczął chodzić.
Skupiony dotychczas na swoim sześcianie Woody uniósł zirytowany wzrok na cwaniakującego dzieciaka i wzruszył ostentacyjnie ramionami. Nie wiedział jeszcze, że choć oczy Morpheusa nie zaszły mgłą wieszcza, wygłosił on w tej chwili przepowiednię.
— Matka nic nie zauważy, chyba że naskarżysz — odpyskował. Ewentualne zabrudzenia można było łatwo przecież otrzepać albo… yyy, ukryć poprzez ułożenie narzuty drugą stroną do wierzchu. Opcji było wiele. — Nie wiem, czy ojciec ci aż tak sprał czerep gadką o zaprowadzaniu prawa i porządku, ale nie próbuj takiego skarżenia w szkole. Ja ci nic nie zrobię, Morphy. Jestem twoim bratem, nie mógłbym. — Z przejęciem położył dłoń na piersi, aby podkreślić szczerość i szlachetność braterskiej miłości. Absolutnie nie miała ta deklaracja związku z tym, że sam nie wiedział, czy bardziej bałby się gniewu matki, czy ojca. — Ale w szkole ci szybko pokażą, co się robi z konfidentami — zakończył tę bardzo ważną lekcję życiową i wrócił do swoich zajęć.
Bezmyślnie poobracał chwilę kostkę w dłoniach. Tak samo jak widać było, że młody podgląda, tak widać było, że Clemens Longbottom nie ma absolutnie bladego pojęcia, z czym ma do czynienia.
Mężczyzna wydobył po chwili z dna pudełka jeszcze jeden przedmiot: opasłą, zakurzoną księgę. Można by pomyśleć, że może instrukcję obsługi czy przynajmniej coś dedykowanego klątwołamaniu, ale był to najzwyklejszy, stary szkolny elementarz do nauki run. Ten, który dostajesz w Hogwarcie na pierwszych zajęciach. Zdecydowanie nie pozycja, która pomaga ci rozwikłać zagadkę tajemniczego artefaktu.
Kolejną rzeczą, która umknęła Woody’emu poprzez brak obecności w życiu brata, był moment, w którym ten przestał być bachorem ślepo zapatrzonym w starszych, a stał chłopcem zdolnym do krytycznego myślenia. Jakoś tak więc założył, że jeśli zrobi odpowiednio fachową minę, ten nie zorientuje się, że starszy brat działa na ślepo. Stąd więc mina, jaką przybrał, wertując podręcznik dla nastoletnich adeptów run, była godna pierwszorzędnego znawcy tematu.
Wyciągnął po tej pobieżnej lekturze (niczego nowego się nie dowiedział) różdżkę oraz karteluszek z zapisaną fonetycznie inkantacją runiczną, pokaleczył wypowiadaną frazę i stuknął koniuszkiem różdżki w przedmiot. Runy na kostce zalśniły na sekundę, lecz zgasły zaraz.
— O kurwa. — Przypomniał sobie o bracie. — Nie powtarzaj. — Pogroził mu różdżką. Zapewne nadaremnie, bo w tym wieku brzydkie słowa są już w stałym repertuarze młodego człowieka. — I przestań się lampić jak cielę. Chodź się może spróbuj przydać. — Poklepał wolne miejsce na narzucie otwartą dłonią.
Skupiony dotychczas na swoim sześcianie Woody uniósł zirytowany wzrok na cwaniakującego dzieciaka i wzruszył ostentacyjnie ramionami. Nie wiedział jeszcze, że choć oczy Morpheusa nie zaszły mgłą wieszcza, wygłosił on w tej chwili przepowiednię.
— Matka nic nie zauważy, chyba że naskarżysz — odpyskował. Ewentualne zabrudzenia można było łatwo przecież otrzepać albo… yyy, ukryć poprzez ułożenie narzuty drugą stroną do wierzchu. Opcji było wiele. — Nie wiem, czy ojciec ci aż tak sprał czerep gadką o zaprowadzaniu prawa i porządku, ale nie próbuj takiego skarżenia w szkole. Ja ci nic nie zrobię, Morphy. Jestem twoim bratem, nie mógłbym. — Z przejęciem położył dłoń na piersi, aby podkreślić szczerość i szlachetność braterskiej miłości. Absolutnie nie miała ta deklaracja związku z tym, że sam nie wiedział, czy bardziej bałby się gniewu matki, czy ojca. — Ale w szkole ci szybko pokażą, co się robi z konfidentami — zakończył tę bardzo ważną lekcję życiową i wrócił do swoich zajęć.
Bezmyślnie poobracał chwilę kostkę w dłoniach. Tak samo jak widać było, że młody podgląda, tak widać było, że Clemens Longbottom nie ma absolutnie bladego pojęcia, z czym ma do czynienia.
Mężczyzna wydobył po chwili z dna pudełka jeszcze jeden przedmiot: opasłą, zakurzoną księgę. Można by pomyśleć, że może instrukcję obsługi czy przynajmniej coś dedykowanego klątwołamaniu, ale był to najzwyklejszy, stary szkolny elementarz do nauki run. Ten, który dostajesz w Hogwarcie na pierwszych zajęciach. Zdecydowanie nie pozycja, która pomaga ci rozwikłać zagadkę tajemniczego artefaktu.
Kolejną rzeczą, która umknęła Woody’emu poprzez brak obecności w życiu brata, był moment, w którym ten przestał być bachorem ślepo zapatrzonym w starszych, a stał chłopcem zdolnym do krytycznego myślenia. Jakoś tak więc założył, że jeśli zrobi odpowiednio fachową minę, ten nie zorientuje się, że starszy brat działa na ślepo. Stąd więc mina, jaką przybrał, wertując podręcznik dla nastoletnich adeptów run, była godna pierwszorzędnego znawcy tematu.
Wyciągnął po tej pobieżnej lekturze (niczego nowego się nie dowiedział) różdżkę oraz karteluszek z zapisaną fonetycznie inkantacją runiczną, pokaleczył wypowiadaną frazę i stuknął koniuszkiem różdżki w przedmiot. Runy na kostce zalśniły na sekundę, lecz zgasły zaraz.
— O kurwa. — Przypomniał sobie o bracie. — Nie powtarzaj. — Pogroził mu różdżką. Zapewne nadaremnie, bo w tym wieku brzydkie słowa są już w stałym repertuarze młodego człowieka. — I przestań się lampić jak cielę. Chodź się może spróbuj przydać. — Poklepał wolne miejsce na narzucie otwartą dłonią.
piw0 to moje paliwo