13.01.2023, 00:26 ✶
Tyle, że pochłonięcie życia przez wampira skutkowało stworzeniem kolejnego. A to oznaczało, że trzeba się było dzielić z kimś swoim potencjalnym jedzeniem. Victoria obserwowała to bez słowa – bo co tu było mówić…? Pewnie dużo. Tylko chyba właśnie przez to jak wiele było, powinno być, do powiedzenia, ona nie odnajdywała w sobie odpowiednich słów. Dlatego go obserwowała, bardzo uważnie. Jak zareagował na swoje imię, jak zostawił w spokoju tę kobietę, jak ona osunęła się po szafce na podłogę, nie mając w sobie dość siły, by utrzymać się na nogach. Jak się odwrócił i z jakimś błyskiem w czarnych oczach (albo po prostu było to wrażenie rzucane przez płomienie świec) spojrzał też na nią i zaczął wycierać twarz, oblizywać się z krwi.
Tak miało zacząć wyglądać jej życie za jakiś czas? Czy kiedyś zrobi jej to samo? Połamie jej kości, żeby dobrać się do krwi? Co innego było czytać i wiedzieć o wampirach, a co innego było to widzieć na własne oczy. Próbowała to sobie wszystko racjonalizować, inaczej chyba już dawno wpadłaby w panikę, a tak – milczała. Mierzyła go wzrokiem, póki nie zwrócił się do sparaliżowanego mężczyzny – i chyba na jego szczęście sparaliżowanego, bo chyba był gotowy narobić w portki że strachu. Lestrange uniosła w górę brwi, kiedy Sauriel po prostu wyszedł z kuchni – i w tym czasie Victoria zbliżyła się do kobiety i kucnęła przy niej, chcąc zobaczyć czy jeszcze dycha. Nie tyle z troski (bo nie), tylko chciała wiedzieć czy ma się spodziewać powstania kolejnego wampira, czy jednak nie. Oderwała kawałek ubrania kobiety by przycisnąć jej ten kawałek szmaty do szyi w miejsce ugryzienia, by zatamować krwotok.
Wiedziała, że ta kobieta nie jest w stanie im już zaszkodzić. Tak jak skuty mężczyzna. I… ach. Czyli był jeszcze jeden. Brązowowłosa podniosła się z ziemi i rzuciła Saurielowi jedno spojrzenie, zastanawiając się nad sensem jego słów. Tak. Uważała, że czasami należy sobie pobrudzić ręce jeśli chce się czegoś dostać. Tak, cel uświęcał środki… zazwyczaj. Czego za to nie uważała to to, że tamtym należy się śmierć. Wolała, by to osadził sąd. Azkaban potrafił być dużo gorszą karą niż śmierć. Poszła jednak do salonu i zastała tam sparaliżowanego mężczyznę, który nadal trzymał w rękach karty.
- Proszę proszę, kogo my tu mamy – uniosła wyżej brwi i uśmiechnęła się kpiąco, widząc facjatę mężczyzny. Znała tę mordę z listów gończych. Co prawda za inne przestępstwa, ale tak. Faktycznie był podejrzewany.
Jednym machnięciem swojej różdżki wyczarowała kajdany i na jego nadgarstkach, po czym za pomocą Finite ściągnęła z niego paraliż, by zmusić go do wstania i ruszenia się z miejsca. Wypuścił karty z dłoni.
- TY KURWO, skończysz jak– – nie dokończył, bo Victoria uznała, że nie będzie go słuchać i jego usta po prostu… zniknęły.
- No no, już, proszę się tak nie ekscytować – warknęła i wycelowała w niego różdżkę, pokazując mu wyraźnie że ma wstać. - Albo wstajesz po dobroci, albo skończę prosić – nie prosiła. Ale sugerowała, że heh… że teraz jest miła.
Tak miało zacząć wyglądać jej życie za jakiś czas? Czy kiedyś zrobi jej to samo? Połamie jej kości, żeby dobrać się do krwi? Co innego było czytać i wiedzieć o wampirach, a co innego było to widzieć na własne oczy. Próbowała to sobie wszystko racjonalizować, inaczej chyba już dawno wpadłaby w panikę, a tak – milczała. Mierzyła go wzrokiem, póki nie zwrócił się do sparaliżowanego mężczyzny – i chyba na jego szczęście sparaliżowanego, bo chyba był gotowy narobić w portki że strachu. Lestrange uniosła w górę brwi, kiedy Sauriel po prostu wyszedł z kuchni – i w tym czasie Victoria zbliżyła się do kobiety i kucnęła przy niej, chcąc zobaczyć czy jeszcze dycha. Nie tyle z troski (bo nie), tylko chciała wiedzieć czy ma się spodziewać powstania kolejnego wampira, czy jednak nie. Oderwała kawałek ubrania kobiety by przycisnąć jej ten kawałek szmaty do szyi w miejsce ugryzienia, by zatamować krwotok.
Wiedziała, że ta kobieta nie jest w stanie im już zaszkodzić. Tak jak skuty mężczyzna. I… ach. Czyli był jeszcze jeden. Brązowowłosa podniosła się z ziemi i rzuciła Saurielowi jedno spojrzenie, zastanawiając się nad sensem jego słów. Tak. Uważała, że czasami należy sobie pobrudzić ręce jeśli chce się czegoś dostać. Tak, cel uświęcał środki… zazwyczaj. Czego za to nie uważała to to, że tamtym należy się śmierć. Wolała, by to osadził sąd. Azkaban potrafił być dużo gorszą karą niż śmierć. Poszła jednak do salonu i zastała tam sparaliżowanego mężczyznę, który nadal trzymał w rękach karty.
- Proszę proszę, kogo my tu mamy – uniosła wyżej brwi i uśmiechnęła się kpiąco, widząc facjatę mężczyzny. Znała tę mordę z listów gończych. Co prawda za inne przestępstwa, ale tak. Faktycznie był podejrzewany.
Jednym machnięciem swojej różdżki wyczarowała kajdany i na jego nadgarstkach, po czym za pomocą Finite ściągnęła z niego paraliż, by zmusić go do wstania i ruszenia się z miejsca. Wypuścił karty z dłoni.
- TY KURWO, skończysz jak– – nie dokończył, bo Victoria uznała, że nie będzie go słuchać i jego usta po prostu… zniknęły.
- No no, już, proszę się tak nie ekscytować – warknęła i wycelowała w niego różdżkę, pokazując mu wyraźnie że ma wstać. - Albo wstajesz po dobroci, albo skończę prosić – nie prosiła. Ale sugerowała, że heh… że teraz jest miła.