16.08.2024, 13:10 ✶
Woody przymknął na chwilę oczy, aby wsłuchać się w szum swojej obolałej głowy. A może to był jedynie szum morskich fal? Wszystko mu się już pomieszało. Szczęśliwie czerń pod opuszczonymi powiekami przyniosła częściową ulgę po męczących go ostrych promieniach słońca.
— Chłopiec — wymamrotał przeciągle. — Chłopiec. Gdzie ten przeeeklęty chłopiec?
Słowo się rzekło, a był on człowiekiem swojego słowa. Niezależnie od tego, jakie miały być dalsze losy dziecka, tego wieczoru nie zostanie ono na plaży z pijakiem.
Mężczyzna otworzył oczy, dopiero gdy usłyszał skrzypnięcie drewnianego wieka i pomruk Nory. Wstał ciężko, a gdy pochylił się między Figgami nad skrzynią, roztoczył wokół siebie zapach świeżo otwartej butelki wódki. Zdecydowanie będzie potrzebował czegoś na otrzeźwienie, bo alkohol wciąż w najlepsze krążył w jego żyłach.
— Bydlę — wypluł z siebie to słowo, patrząc spod przymrużonych powiek w dal, na chatkę rybaka. — To jej skóra? To jakby… jakby… jakby zabrał któremu z nas rękę. — Wyciągnął przed siebie własną dłoń o rozczapierzonych palcach i przyjrzał jej się uważnie, aby mieć pewność, że nie zabrał jej rybak.
Może to i nie do końca było jak z ręką, lecz — mimo nietrzeźwości — percepcja rybaka w oczach Tarpa zmieniła się w obliczu tego odkrycia. Kradzież miała różne twarze. Były takie kradzieże, która mu się nawet podobały i chętnie maczał w nich palce. Wielkie przedsiębiorstwa nawet szczypnięcia nie poczują, jak zniknie im z transportu parę palet eliksirów i kociołków, dla złodzieja zysk, dla niego prowizja, wszyscy szczęśliwi. Mniej już pochwalał okradanie samotnych kobiet, rzecz jasna, ale gdyby w środku znaleźli górę złota i klejnotów, to nawet by miał dla rybaka jakąś tam wyrozumiałość. Chciwy pijaczyna. Odebranie selkie skóry, która umożliwiała jej przemianę, było jednakże występkiem obrzydliwym, dla którego Woody Tarp — mężczyzna o elastycznej moralności — nie znajdował żadnego usprawiedliwienia.
Czarodziej kłapnął w niezdarnym pośpiechu wiekiem skrzyni, jakby wstyd mu się zrobiło za oglądanie czegoś takiego — leżała tu przed nimi czyjaś oskórowana babcia, na litość.
Przytaknął więc Thomasowi, spróbował podnieść skrzynię, lecz zakołysało nim niebezpiecznie. Lepiej, aby akurat on szedł bez balastu, więc poddał się i zostawił to zadanie trzeźwemu.
— Chłopiec — wymamrotał przeciągle. — Chłopiec. Gdzie ten przeeeklęty chłopiec?
Słowo się rzekło, a był on człowiekiem swojego słowa. Niezależnie od tego, jakie miały być dalsze losy dziecka, tego wieczoru nie zostanie ono na plaży z pijakiem.
Mężczyzna otworzył oczy, dopiero gdy usłyszał skrzypnięcie drewnianego wieka i pomruk Nory. Wstał ciężko, a gdy pochylił się między Figgami nad skrzynią, roztoczył wokół siebie zapach świeżo otwartej butelki wódki. Zdecydowanie będzie potrzebował czegoś na otrzeźwienie, bo alkohol wciąż w najlepsze krążył w jego żyłach.
— Bydlę — wypluł z siebie to słowo, patrząc spod przymrużonych powiek w dal, na chatkę rybaka. — To jej skóra? To jakby… jakby… jakby zabrał któremu z nas rękę. — Wyciągnął przed siebie własną dłoń o rozczapierzonych palcach i przyjrzał jej się uważnie, aby mieć pewność, że nie zabrał jej rybak.
Może to i nie do końca było jak z ręką, lecz — mimo nietrzeźwości — percepcja rybaka w oczach Tarpa zmieniła się w obliczu tego odkrycia. Kradzież miała różne twarze. Były takie kradzieże, która mu się nawet podobały i chętnie maczał w nich palce. Wielkie przedsiębiorstwa nawet szczypnięcia nie poczują, jak zniknie im z transportu parę palet eliksirów i kociołków, dla złodzieja zysk, dla niego prowizja, wszyscy szczęśliwi. Mniej już pochwalał okradanie samotnych kobiet, rzecz jasna, ale gdyby w środku znaleźli górę złota i klejnotów, to nawet by miał dla rybaka jakąś tam wyrozumiałość. Chciwy pijaczyna. Odebranie selkie skóry, która umożliwiała jej przemianę, było jednakże występkiem obrzydliwym, dla którego Woody Tarp — mężczyzna o elastycznej moralności — nie znajdował żadnego usprawiedliwienia.
Czarodziej kłapnął w niezdarnym pośpiechu wiekiem skrzyni, jakby wstyd mu się zrobiło za oglądanie czegoś takiego — leżała tu przed nimi czyjaś oskórowana babcia, na litość.
Przytaknął więc Thomasowi, spróbował podnieść skrzynię, lecz zakołysało nim niebezpiecznie. Lepiej, aby akurat on szedł bez balastu, więc poddał się i zostawił to zadanie trzeźwemu.
piw0 to moje paliwo