Flint pewnie odebrał jej słowa jako żart w odpowiedzi na jego pobożne życzenie, ale za chwilę miał się przekonać, że Victoria była przy tym śmiertelnie poważna, pomimo tego, jaki to miało wydźwięk i jak absurdalnie brzmiało. Wszystko w tej sytuacji było zresztą absurdalne: od tego, co się działo, jak zostało rozwiązane, do przedziwnego znaleziska, aż po narzędzie, jakim złośliwy duch miał zostać wygnany. Pomimo jednak tego wszystkiego, Lestrange szczerze ucieszyła się na widok dawno niewidzianego przyjaciela. Co prawda jakiś czas emu dostała od niego wiadomość, i pisywał co jakiś czas, tak jak i ona do niego, ale to przecież nie było to samo… Zresztą słanie takich listów nie było do końca bezpieczne, bo i nigdy nie wiadomo, jaka pogoda trafi się nad wodą, i gdzie dokładnie będzie… Ciemnowłosa czuła sporą ulgę na jego widok: od tego, że w ogóle wrócił w jednym kawałku, że miał się dobrze, że go widzi i może usłyszeć, po to, że ściągnięty tutaj w środku nocy faktycznie przyszedł ratować damę z opresji – bo tym właśnie w tej chwili była (co drażniło ją dokumentnie). Tak, Dægberht był oderwany od rzeczywistości, ale Victorii nigdy to nie przeszkadzało. Nie był jednym z tych pustych paniczyków, który nie miał nic do powiedzenia, żył w swoim świecie, ale rozmowy z nim zawsze były ciekawe, rozwijające. Zaś jego wiara w Matkę była wielka. I teraz Victoria mogła powiedzieć, że to rozumie. Tęskniła też za jego śmiechem.
– Nie, po prostu czasami zapominam jaka zimna i nieprzyjemna jestem dla innych – nie o jego słowa chodziło, a o uzmysłowienie sobie, że to nijak nie jest komfortowe, ani przyjemne. Zimno, jakim ziała, powodowało gęsią skórkę w krótkim kontakcie, a na dłuższą metę… była tylko jedna osoba w jej otoczeniu, która była w stanie to znieść ze spokojem i bakiem wzruszenia. – Ja się już przyzwyczaiłam, że ciągle mi zimno, ale dla innych to co innego – dodała i uśmiechnęła się, ale wcale nie smutno. Człowiek był niesamowitą istotą, która potrafiła się tak dobrze adaptować do różnych warunków, i to tak szybko… – Taa… Przepraszam, naprawdę. Ale nie wiedziałam nawet do kogo się z tym zgłosić. Byłam z Brenną jak go odkryłyśmy i mówiła, że zna kogoś, ale jak ją zobaczy w środku nocy, to ucieknie. I tak zresztą wolałabym, żebyś ty się tym zajął – wiedziała, że to się najpewniej będzie wiązało z wyciąganiem go z łóżka w środku nocy… I nie była z tego zadowolona, ale jaki miała wybór? Chyba lepiej się go było pozbyć od razu. Tak, miała nadzieję, że Dægberht jest już na miejscu, ale nie sądziła, że ledwo co wrócił i takiego zmęczonego podróżą tu właśnie ściągała.
– To są świece z afrodyzjakiem – poinformowała go usłużnie i ruszyła w stronę schodów na pierwsze piętro. – Robert Mulciber o mało nie dostał zawału jak je zobaczył sprzedawane na Lammas pod swoim nazwiskiem. Wiem, bo akurat byłam obok jak jakiś chłopak od nich je wyciągnął spod lady i po kryjomu komuś pokazywał i opowiadał co tam mają w środku. Też mam ich kilka, ale tylko dlatego, że Mulciber dostał szału i kazał sobie iść. Nie będzie mi stary grzyb mówić co mam robić – że Bulstrode złamał taką na głowie Notta, to sobie darowała, ale nie mogła odmówić ogólnie opowiedzenia tej krótkiej przypowiastki o świeczkach.
Na piętrze poprowadziła ich w lewo, gdzie weszli przez łukowate przejście do przewonnego salonu, utrzymanego raczej w brązowej tonacji – jedna ściana była kremowa, pozostałe ciemne, było to pomieszanie drewna i kamienia, a meble również były raczej ciemne, co najwyżej rozjaśnione ewentualnymi dodatkami. Okna miała po dwóch stronach pokoju – wychodziły na Pokątną, ale też na tyły kamienicy, teraz zasłonięte były ciemnymi i grubymi zasłonami sięgającymi aż do ziemi. Czego na pewno było tu dużo to kwiatów – małych, dużych, stojących na meblach, albo na podłodze; sukulenty, palemki, w całym domu było chyba kilkanaście różnych odmian kalatei, łańcuchy serc i inne. Na jednej z szafek w salonie stała kolorowa psianka, trująca jak diabli, ale za to zdecydowanie ożywiała cały pokój, w którym panowało raczej ciepłe, nieco przytłumione światło stojących lamp. Na środku, w centralnej części była kanapa, okupowana teraz przez błękitnego kota, dwa fotele (na jednym leżał malutki czarny kotek) i niski stolik kawowy.
– Nie mam innych świeczek. Jak ta podziała, to mi to obojętne. Ale ten duch się w tobie nie zakocha od tego, nie? – wolała się upewnić i tak, było to głupie i absurdalne, ale przyszło jej do głowy, więc musiała zapytać. – Rozstałam się z narzeczonym, a moja matka wpadła w szał, to była taka kopka nad i. Najwyższy czas, żeby wyfrunąć z domu, gdzie nikt mi nie mówi co mam robić, ani nie patrzy na palce – nie była smutna, już nie. I może i rozstała się z narzeczonym, ale nadal miała z nim kontakt… Spędziła z nim Lammas, przetańczyła całą noc na weselu, a na dzisiejszy wieczór byli umówieni… gdzieś na jakimś odludziu. Uważała jednak, że wyrwanie się z domu, to najlepsza możliwa decyzja z korzyścią dla wszystkich. Uśmiechnęła się przy tym do Flinta, żeby sobie nie myślał, że to takie turbo poważne, po czym wskazała mu palcem kratkę wentylacyjną przy ścianie graniczącej z mieszkaniem po drugiej stronie. – Tam siedzi.