17.08.2024, 19:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2024, 19:56 przez Lorien Mulciber.)
Stoisko pani Zamfir
Już w trakcie trwania swojej irracjonalnej złości Lorien zrozumiała, że popełniła błąd. Wyjątkowo bolesny i okrutny błąd, za który pewnie przyjdzie jej srogo zapłacić. A kiedy Anthony zabrał rękę, całą sobą musiała walczyć z odruchem odnalezienia jego ramienia z powrotem. Natychmiast schowała jednak różdżkę, starając się ukryć wyskok na tyle na ile była w stanie. Wepchnąć wszystko pod dywan.
Cokolwiek sprawiło, że poczuła się w tamtym momencie zagrożona tkwiło dużo głębiej i nie mieli nad tym żadnej kontroli.
Anthony - bo nie zdawał sobie sprawy przez to co jego przyjaciółka przeszła przez ostatnie miesiąca.
Lorien - bo nie potrafiła zwerbalizować swoich obaw przed zamknięciem i zniewoleniem. Spędziła zbyt wiele czasu, wyglądając zza ciężkich zasłon biblioteki w Szkocji na świat za oknem. Coś się z nią działo złego, a ona nie wiedziała co.
Więc w milczeniu tylko dołączyła do Anthony’ego w drodze do stoiska, nawet jeśli oznaczało to, że na jeden jego krok przypadały jej dwa.
Stoisko pani Zamfir było… chyba najbardziej klasycznym przykładem festynowego miejsca na świecie. I pod każdym względem można to było uznać za komplement. Przetwory, bibeloty, wszystko to smakowało jak odległe marzenia o sielsko-anielskiej wsi.
Uwagę pani Mulciber przyciągnęły jednak kolorowe powiewające na wietrze chusty. Ujęła w palce miękki materiał jednej z nich - czerwonej, w przeróżnej wielkości kwiaty.
Było w tym wszystkim coś… innego. Coś świeżego, zupełnie jakby przez moment ta skąpana w złocie i bogactwie kobieta pozwoliła myślom pobłądzić w świat opowieści. A może raczej wspomnień? Serce ścisnęło się boleśnie, gdy umysł podpowiedział, gdzie wcześniej widziała identyczną chustę.
Przepiękna dziewczyna, w barwnej spódnicy i kwiecistym szalu przerzuconym przez ramię, uśmiechała się do dwójki siedzących na błoniach dzieciaków z okładki starej książki z cygańskimi bajkami i legendami.
- Wiesz wyglądasz trochę jak ona. Macie takie same, te no… kliŋarike… Tylko ona ma takie migoczące.
- Co?
Mulciber wyrwał jej wtedy kilka włosów, próbując wyplątać jedną z kolorowych spinek wpiętych w gęste loki. Niedługo potem poprosiła na gwiazdkę od rodziców złote spinki, które nosiła aż do końca szkoły.
Kiedy świat przestał być tak prosty? Kiedy przestały ją cieszyć kolorowe szmatki, a nudę zamiast opowiastkami zaczęła zapijać cierpkim winem i grą va bank?
Uniosła kąciki ust w uśmiechu, który ciężko było porównać do czegokolwiek; przypasować do jakiegokolwiek znanego im uczucia. Jak pierwsi ludzie, którzy przetrwali potop i wreszcie mogli ze swojej Arki dostrzec piękne, błękitne niebo. Smutni, bo głębokie wody pogrzebały im przyjaciół i dobytek; szczęśliwi bo nastał właśnie nowy poranek.
- Nad brzegiem jeziora rosła lipka zielona. A na tej lipce, na tej zieloniutkiej - trzej ptaszkowie śpiewali.- Powiedziała szeptem, wpatrując się w kwiecisty wzór niczym w świętego Graala. Chyba tylko Anthony był w stanie ją teraz usłyszeć, choć czarownica się do niego nie zwracała. Przynajmniej nie w tej chwili. - Ale nie byli to ptaszkowie, tylko trzej braciszkowie. Co się spierali o jedną dziewczynę, och który ci ją dostanie?- Zawiesiła głos, szukając spojrzeniem Tej Konkretnej Najbliższej Sobie Osoby. Mi dispiace. Non lasciarmi pozostało niewypowiedziane.- Jeden mówił “tyś moja”, drugi mówił “jak Bóg da!”, a trzeci mówił “moja najmilejsza… Czemuś jest mi tak smutna?”- Zamilkła nawet na chwilę nie odwracając wzroku od oczu Anthony’ego.
Ale nie kontynuowała dalej krótkiej dziecinnej historyjki, a kiedy zorientowała się, że pozwoliła wraz z opowiastką umknąć zbyt wielu uczuciom, po prostu... się wycofała. Jak zawsze. Odkaszlnęła cicho, próbując zabić niezręczność, po czym pociągnęła lekko za chustę, żeby obsługująca stoisko pani Zamfir na pewno zobaczyła co Lorien trzyma w rękach.
- Poproszę tą!- Zawołała jeśli akurat nadarzyła się okazja do kupienia czegoś u kobiety.
Do jej głosu powróciła ta radosna nuta, choć każda z tam obecnych osób, która znała ją nieco lepiej mogła szybko zauważyć brak włoskiego akcentu. Nawet radość była podszyta kłamstwem.