Musiała jakoś żyć. Wrócić do normalności. Średnio miała ochotę zabawiać tych wszystkich ludzi. Nie mogła jednak spędzać całych dni w pokoju, malując. Bardzo by chciała móc po prostu egzystować, jednak rodzice naciskali na to, żeby zaczęła żyć. Nie było to łatwe. Musiała się uśmiechać, udawać, że wcale ją nie boli, choć miała problem, aby wygrzebać się z łóżka. Każdego dnia. Nie umiała żyć bez niej. W końcu opiekowała się nią od zawsze, towarzyszyła jej odkąd tylko się urodziła. Teraz została sama. Zupełnie sama z sercem, które rozsypało się na milion kawałków, kiedy ją straciła. Mogła zauważyć, że coś jest nie tak, ciągle miała do siebie pretensje, gdyby zareagowała to może nadal byłaby obok. Musiało być z nią źle skoro targnęła się na swoje życie. Czy była aż tak nieszczęśliwa w małżeństwie z Crouchem? Wydawało jej się, że całkiem dobrze się dogadywali, bywała u nich często, zresztą też tego dnia, Kordelia wydawała się być szczęśliwa. Wszystko wyglądało tak, jak powinno, przynajmniej z pozoru, ale nie bez powodu znalazła ją później martwą w wannie.
Ojciec zaangażował ją w jakiś występ. Nie do końca wiedziała o co chodzi, może wcale nie chciała wiedzieć? Musiała zrobić swoje. Pójść tam, zagrać, wyglądać i będzie mogła wrócić do domu. Przygotowywała się dość długo, musiała doprowadzić się do stanu, w którym mogła pokazać się większej ilości osób. W końcu musiała błyszczeć, miała to nieco ułatwione, wystarczyło, że wykorzystała swoje genetyczne zdolności, a ludzie zaczynali patrzeć na nią zupełnie inaczej. Nie potrafili się oprzeć jej urokowi, ułatwiało to zainteresowanie ich jej muzycznymi umiejętnościami.
Pojawiła się restauracji, w której miała grać o odpowiedniej godzinie. Nie spóźniała się, nie wypadało by publika musiała na nią czekać. Została zaproszona na scenę. Pojawiła się na niej ze swoim ukochanym instrumentem - wiolonczelą. Zaczęła grać, oczywiście nie obyło się bez wykorzystania wilego uroku, mało kto doceniał samą muzykę, a szkoda. Tłum wpatrywał się w nią, kiedy zaangażowana poruszała smyczkiem po wiolonczeli. Był to jeden z momentów, kiedy przestawała myśleć o tym, co się ostatnio wydarzyło. Występ dobiegł końca, wstała jeszcze i się ukłoniła. Mogła stąd wyjść, wrócić do swoich czterech ścian.
Czarna suknia, która była dosyć mocno opięta skutecznie utrudniała jej poruszanie się. Dlatego też wolnym krokiem schodziła ze sceny, na której znajdował się instrument. Po wszystkim ktoś się nim zajmie. Uścisnęła jeszcze dłoń urzędnika, musiał być osobą dla której było zorganizowane to przyjęcie. Udało jej się zejść ze sceny, czuła skierowane w swoją stronę spojrzenia, miała świadomość, że było to spowodowane urokiem, w końcu bez niego nikt nigdy tak na nią nie patrzył. Miała ochotę napić się jeszcze czegoś mocniejszego, rozejrzała się więc w poszukiwaniu jakiegoś baru.