18.08.2024, 18:44 ✶
- Zimna... tak, ale nieprzyjemna? Patrzyłaś ty ostatnio w lustro, czy pękają na twój widok?
Wśród ludzi chłodnych charakterem Flinty wyróżniał dwa typy osób. Takich jak on sam - bo owszem, czuł się tutaj jak w domu i cieszył się z zobaczenia jej znów, ale wciąż istniało morze - i dla tego morza potrafił rzucić wszystko i zniknąć i nie przejmować się wcale aż tak bardzo tym, że gdzieś tam zostawił ludzi i oni się o niego martwili, czekali. Gdyby nie to jedno jego zdaniem wciąż pechowe zbliżenie, nigdy by się pewnie nie zdecydował na ożenek - to nie było sprawiedliwe kazać komuś czekać dniami, tygodniami, miesiącami, umartwiać się w wiecznym oczekiwaniu. Więc nie Victoria nie miała racji, kiedy przeszyła ją myśl, że zechciałby ją uwieść. W chłodzie takim jak jego chłód chodziło o to, żeby mieć tylu znajomych, aby nigdy nie czuć się samotnym, ale również tylu przyjaciół i tyle miłości, aby nikt nigdy za tobą zbyt gorzko nie płakał. Istniał też ten drugi chłód - chłód taki jaki posiadała Victoria, nie chodziło tu wcale o chłód magii Beltane, lecz o życiowy chłód i dystans. Nie musiała się odsuwać. Nie musiała ubierać rozstania z narzeczonym jako czegoś dobrego, zbywać tego uśmiechem, ah... Chłodna w ten sposób, kiedy w słowach przyjacielska pomoc staje się problemem, za który należy przeprosić. Przepraszam, że jestem w potrzebie - to mówiły mu słowa, jakich z jej ust usłyszeć nie chciał.
Jednocześnie w jakiś sposób go uspokajały.
- Czułbym się nieco zdradzony, gdybyś poprosiła o to kogoś innego, mając mnie w pobliżu.
Taka to była dziwna prawda o jego naturze. Można było kogoś kochać, wielbić, uważać go za drugą połówkę swojej pomarańczy. Można było kogoś uważać za swojego jedynego przyjaciela poza Peregrinusem, a i tak pomyśleć: jak dobrze, że ona o mnie nie myśli jak o pewniku, bo przecież ciągle, ah ciągle mnie nie ma. I ledwie sekundę później zgasić samego siebie, a może to Matka go zgasiła, bo usłyszał we własnym uchu ten chichy szept...
Przecież ty tego chcesz, Dægberhtcie.
Czasami aż za mocno. Tak mocno, aby jeden list potrafił utwierdzić go w przekonaniu, że tu i teraz, właśnie teraz wokół nich kończy się świat. A oni nic sobie z tego nie robili. Szedł za nią, w tych swoich ciuchach, co pasowały zapewne do nadmorskich miejscowości i ich portów, ale na pewno nie do Ulicy Pokątnej, słuchał kolejnego absurdu dzisiaj - historii tej świeczki, co na niej teraz tak żałośnie zaciskał palce lewej dłoni i gdybał nad tym, dlaczego właściwie Viorica mu to kupiła i ofiarowała (czy może była to jakaś głębsza sugestia?), gdzieś pomiędzy częstując Lestrange pomrukami i komentarzem świadczącym o tym, że tak, tak - słucha.
- Nie mam pojęcia kim jest Robert Mulciber, ale właśnie zanotowałem w głowie obok jego nazwiska stary grzyb. Chyba nawet mogę go sobie wyobrazić, tak...
Nie omieszkał obadać pomieszczeń spojrzeniem. Doszukiwał się w tym znajomych elementów, takich kojarzących mu się z Victorią. Przez to, jak wyglądało czyjeś mieszkanie, dało się wiele o nim zrozumieć, jednocześnie skoro przeprowadziła się tutaj niedawno, to te meble wcale nie musiały należeć do niej. Takie rzeczy się przecież dostawało „w spadku” po poprzednich właścicielach i lokatorach. A może była na tyle bogata, żeby się w miesiąc czy dwa tak urządzić?
- Żeby się we mnie zakochać, musiałby tu zostać, a za moment odpłynie w niebyt. Swoją drogą, czy twój kot świeci i... - Może ona smutna nie była, ale od ściągnął brwi ku sobie i zbadał ją uważnym spojrzeniem. - To może... zrobiłabyś mi herbatę? - Zasugerował. Chciałby ją o to zapytać, ale głęboka noc to mógł być jednocześnie najlepszy i najgorszy moment na dowiedzenie się, o co z tym narzeczonym chodziło i dlaczego do diabła tak mało o tym wiedział. Nie powinien o tym teraz myśleć, ale myślał, bo takie już było upierdliwe to życie. Nie powinien nie dlatego, że nie powinien się o nią martwić - broń go Matko - po prostu dobrze wiedział, czym karmiły się poltergeisty. Właśnie takimi myślami.
Dægberht chwycił stołek stojący pod jedną z roślin. Odłożył ją ostrożnie na podłogę i podsunął go sobie pod ten szyb wentylacyjny, żeby zajrzeć do środka.
- Hop, hop?
Wśród ludzi chłodnych charakterem Flinty wyróżniał dwa typy osób. Takich jak on sam - bo owszem, czuł się tutaj jak w domu i cieszył się z zobaczenia jej znów, ale wciąż istniało morze - i dla tego morza potrafił rzucić wszystko i zniknąć i nie przejmować się wcale aż tak bardzo tym, że gdzieś tam zostawił ludzi i oni się o niego martwili, czekali. Gdyby nie to jedno jego zdaniem wciąż pechowe zbliżenie, nigdy by się pewnie nie zdecydował na ożenek - to nie było sprawiedliwe kazać komuś czekać dniami, tygodniami, miesiącami, umartwiać się w wiecznym oczekiwaniu. Więc nie Victoria nie miała racji, kiedy przeszyła ją myśl, że zechciałby ją uwieść. W chłodzie takim jak jego chłód chodziło o to, żeby mieć tylu znajomych, aby nigdy nie czuć się samotnym, ale również tylu przyjaciół i tyle miłości, aby nikt nigdy za tobą zbyt gorzko nie płakał. Istniał też ten drugi chłód - chłód taki jaki posiadała Victoria, nie chodziło tu wcale o chłód magii Beltane, lecz o życiowy chłód i dystans. Nie musiała się odsuwać. Nie musiała ubierać rozstania z narzeczonym jako czegoś dobrego, zbywać tego uśmiechem, ah... Chłodna w ten sposób, kiedy w słowach przyjacielska pomoc staje się problemem, za który należy przeprosić. Przepraszam, że jestem w potrzebie - to mówiły mu słowa, jakich z jej ust usłyszeć nie chciał.
Jednocześnie w jakiś sposób go uspokajały.
- Czułbym się nieco zdradzony, gdybyś poprosiła o to kogoś innego, mając mnie w pobliżu.
Taka to była dziwna prawda o jego naturze. Można było kogoś kochać, wielbić, uważać go za drugą połówkę swojej pomarańczy. Można było kogoś uważać za swojego jedynego przyjaciela poza Peregrinusem, a i tak pomyśleć: jak dobrze, że ona o mnie nie myśli jak o pewniku, bo przecież ciągle, ah ciągle mnie nie ma. I ledwie sekundę później zgasić samego siebie, a może to Matka go zgasiła, bo usłyszał we własnym uchu ten chichy szept...
Przecież ty tego chcesz, Dægberhtcie.
Czasami aż za mocno. Tak mocno, aby jeden list potrafił utwierdzić go w przekonaniu, że tu i teraz, właśnie teraz wokół nich kończy się świat. A oni nic sobie z tego nie robili. Szedł za nią, w tych swoich ciuchach, co pasowały zapewne do nadmorskich miejscowości i ich portów, ale na pewno nie do Ulicy Pokątnej, słuchał kolejnego absurdu dzisiaj - historii tej świeczki, co na niej teraz tak żałośnie zaciskał palce lewej dłoni i gdybał nad tym, dlaczego właściwie Viorica mu to kupiła i ofiarowała (czy może była to jakaś głębsza sugestia?), gdzieś pomiędzy częstując Lestrange pomrukami i komentarzem świadczącym o tym, że tak, tak - słucha.
- Nie mam pojęcia kim jest Robert Mulciber, ale właśnie zanotowałem w głowie obok jego nazwiska stary grzyb. Chyba nawet mogę go sobie wyobrazić, tak...
Nie omieszkał obadać pomieszczeń spojrzeniem. Doszukiwał się w tym znajomych elementów, takich kojarzących mu się z Victorią. Przez to, jak wyglądało czyjeś mieszkanie, dało się wiele o nim zrozumieć, jednocześnie skoro przeprowadziła się tutaj niedawno, to te meble wcale nie musiały należeć do niej. Takie rzeczy się przecież dostawało „w spadku” po poprzednich właścicielach i lokatorach. A może była na tyle bogata, żeby się w miesiąc czy dwa tak urządzić?
- Żeby się we mnie zakochać, musiałby tu zostać, a za moment odpłynie w niebyt. Swoją drogą, czy twój kot świeci i... - Może ona smutna nie była, ale od ściągnął brwi ku sobie i zbadał ją uważnym spojrzeniem. - To może... zrobiłabyś mi herbatę? - Zasugerował. Chciałby ją o to zapytać, ale głęboka noc to mógł być jednocześnie najlepszy i najgorszy moment na dowiedzenie się, o co z tym narzeczonym chodziło i dlaczego do diabła tak mało o tym wiedział. Nie powinien o tym teraz myśleć, ale myślał, bo takie już było upierdliwe to życie. Nie powinien nie dlatego, że nie powinien się o nią martwić - broń go Matko - po prostu dobrze wiedział, czym karmiły się poltergeisty. Właśnie takimi myślami.
Dægberht chwycił stołek stojący pod jedną z roślin. Odłożył ją ostrożnie na podłogę i podsunął go sobie pod ten szyb wentylacyjny, żeby zajrzeć do środka.
- Hop, hop?
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr