18.08.2024, 21:19 ✶
Rodolphus z kolei nie pijał alkoholu praktycznie wcale. I to nie był żart ani eufemizm - w 9 na 10 przypadków odmawiał czegokolwiek, obojętnie czy to było piwo, czy coś mocniejszego. Dzisiaj jednak, z powodów znanych wyłącznie sobie, postanowił złamać zasadę, której się trzymał. Jeszcze w tym miesiącu odmówił Blackowi wypicia za jego zdrowie na weselu, odmówił napicia się z kobietą, którą miał okręcić wokół swojego palca (a przecież po pijaku byłoby łatwiej!), odmówił... w zasadzie każdemu. Teraz jednak sam wyszedł z taką a nie inną propozycją. Ba, wypił jako pierwszy. Czyżby to był kolejny etap załamania, które towarzyszyło mu od początku lata? Wtedy jednak obyło się bez uciekania w używki, którymi szczerze gardził.
Gdy zajrzał Charlesowi w oczy, nieznacznie przekrzywił głowę. Nic nie skrywał, wydawał się być otwartą księgą. Wystarczyło wyciągnąć rękę i złapać tę niewinność, by jednym szybkim ruchem ją wyrwać z tego młodego ciała, rzucić na ziemię i zgnieść butem. Albo, co było bardziej prawdopodobne, była to maska. Sam z nich korzystał, dopasowując się do sytuacji i naginając swoje prawdziwe ja w kontaktach z ludźmi. Nie był głupcem - każdego Mulcibera traktował z odpowiednią dozą podejrzliwości i żadnego z nich nie lekceważył. Nie po tym, co przeżył z bliźniakami i nie po tym, jakie piętno nosił przez ten krótki czas.
- Jest... Wymagający - zgodził się, kłamiąc gładko. Przełknął słowa, które cisnęły mu się do gardła. Nienawidził Richarda z całego serca, nienawidził go całym sobą i na samo jego wspomnienie czuł złość, wzbierającą w jego ciele i powodującą, że krew zaczynała szybciej krążyć w żyłach. Co było poniekąd zabawne, bo do jego bliźniaka, Roberta, odczuwał zgoła inne emocje. - Wystarczy Rolph. Zdaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku, możemy darować sobie sztuczne formalności.
Nie miał przy sobie papierosów, sam nie palił. Tak samo jak nie pił, chociaż jeżeli chodzi o alkohol, to zdarzało mu się robić wyjątki, tak jak dzisiaj. Odwrócił jednak głowę w kierunku barmana, który akurat zabierał kieliszki.
- Mój znajomy chciałby zapalić - powiedział uprzejmie, chociaż bez cienia uśmiechu na twarzy. Po prostu stwierdził fakt, jednocześnie ześlizgując wzrokiem na kieliszki. Zupełnie jakby między nim a mężczyzną za barem toczyła się teraz niesłyszalna dla innych rozmowa. - Na mój koszt.
Pieniądze nie stanowiły dla niego absolutnie żadnego problemu, co też nie stanowiło dla nikogo bardziej obeznanego wśród rodów czystej krwi tajemnicy. Zaraz przed Charlesem pojawił się kolejny kieliszek ognistej oraz paczka papierosów.
- Ciężki dzień? - był absolutnie beznadziejny, jeżeli chodzi o small talki, lecz tym razem się przełamał. Głównie dlatego że zależało mu na to, by jakkolwiek nawiązać nić porozumienia z młodym Mulciberem, chociaż sam jeszcze nie wiedział, po co. No i był ciekawy co też chłopakowi strzeliło do głowy z tymi świeczkami - ale o to nie zapytał, był na to zbyt dobrze wychowany. Chociaż trzeba było przyznać, że nierzadko się śmiał, a przeczytawszy tamten numer gazety śmiał się chyba najdłużej w swoim życiu. Nie dlatego, że bawiły go męskie przyrodzenia, ale dlatego że nie podejrzewał, że ktokolwiek będzie w stanie utrzeć bliźniakom nosa w tak ordynarny sposób. No i ta pożal się bogom fundacja... Czasem myślał, że to on jest złośliwą mendą. Okazywało się jednak, że niektórzy przerastali go o głowę albo i dwie.
Gdy zajrzał Charlesowi w oczy, nieznacznie przekrzywił głowę. Nic nie skrywał, wydawał się być otwartą księgą. Wystarczyło wyciągnąć rękę i złapać tę niewinność, by jednym szybkim ruchem ją wyrwać z tego młodego ciała, rzucić na ziemię i zgnieść butem. Albo, co było bardziej prawdopodobne, była to maska. Sam z nich korzystał, dopasowując się do sytuacji i naginając swoje prawdziwe ja w kontaktach z ludźmi. Nie był głupcem - każdego Mulcibera traktował z odpowiednią dozą podejrzliwości i żadnego z nich nie lekceważył. Nie po tym, co przeżył z bliźniakami i nie po tym, jakie piętno nosił przez ten krótki czas.
- Jest... Wymagający - zgodził się, kłamiąc gładko. Przełknął słowa, które cisnęły mu się do gardła. Nienawidził Richarda z całego serca, nienawidził go całym sobą i na samo jego wspomnienie czuł złość, wzbierającą w jego ciele i powodującą, że krew zaczynała szybciej krążyć w żyłach. Co było poniekąd zabawne, bo do jego bliźniaka, Roberta, odczuwał zgoła inne emocje. - Wystarczy Rolph. Zdaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku, możemy darować sobie sztuczne formalności.
Nie miał przy sobie papierosów, sam nie palił. Tak samo jak nie pił, chociaż jeżeli chodzi o alkohol, to zdarzało mu się robić wyjątki, tak jak dzisiaj. Odwrócił jednak głowę w kierunku barmana, który akurat zabierał kieliszki.
- Mój znajomy chciałby zapalić - powiedział uprzejmie, chociaż bez cienia uśmiechu na twarzy. Po prostu stwierdził fakt, jednocześnie ześlizgując wzrokiem na kieliszki. Zupełnie jakby między nim a mężczyzną za barem toczyła się teraz niesłyszalna dla innych rozmowa. - Na mój koszt.
Pieniądze nie stanowiły dla niego absolutnie żadnego problemu, co też nie stanowiło dla nikogo bardziej obeznanego wśród rodów czystej krwi tajemnicy. Zaraz przed Charlesem pojawił się kolejny kieliszek ognistej oraz paczka papierosów.
- Ciężki dzień? - był absolutnie beznadziejny, jeżeli chodzi o small talki, lecz tym razem się przełamał. Głównie dlatego że zależało mu na to, by jakkolwiek nawiązać nić porozumienia z młodym Mulciberem, chociaż sam jeszcze nie wiedział, po co. No i był ciekawy co też chłopakowi strzeliło do głowy z tymi świeczkami - ale o to nie zapytał, był na to zbyt dobrze wychowany. Chociaż trzeba było przyznać, że nierzadko się śmiał, a przeczytawszy tamten numer gazety śmiał się chyba najdłużej w swoim życiu. Nie dlatego, że bawiły go męskie przyrodzenia, ale dlatego że nie podejrzewał, że ktokolwiek będzie w stanie utrzeć bliźniakom nosa w tak ordynarny sposób. No i ta pożal się bogom fundacja... Czasem myślał, że to on jest złośliwą mendą. Okazywało się jednak, że niektórzy przerastali go o głowę albo i dwie.