18.08.2024, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2024, 07:01 przez Lorien Mulciber.)
- Accidenti, lei ha legato quei dannati lacci così stretti che morirò in questo corsetto!- Mamrotała gniewnie sama do siebie Lorien, błogo nieświadoma sytuacji w jakiej miała się za moment znaleźć. Wojna z jedwabnymi wstążkami i koronkami pochłonęła dziewczynę na tyle, że z tego pełnego skupienia wyrwało ją dopiero “dobry wieczór.”
Wypowiedziane kompletnie nieznanym jej męskim głosem. Na ułamek sekundy zwyczajnie w świecie zamarła.
Nie była tu sama.
Odwróciła się wyjątkowo powoli w stronę źródła owego “dobrego wieczoru”, nadal licząc, że się przesłyszała, albo co najwyżej przyszło jej napatoczyć się na jednego z kilku duchów zamieszkujących posiadłość. O błoga naiwności.
Pisnęła, bardziej zaskoczona niż przestraszona, natychmiast pokarana przez los za swoje niedbalstwo. Może gdyby wiedziała wcześniej, że w pokoju dla artystów może owych artystów zastać, zastanowiłaby się moment dłużej nad swoimi decyzjami. Dźwięk, który wyrwał się z jej gardła przypomniał coś z pogranicza ptasiego trelu i świergotu - nic co potrafiły zrodzić ludzkie struny głosowe. Lorien utknęła w wyjątkowo pokracznej pozycji, z palcami jednej ręki kompletnie zaplątanymi w sznurki swojego kwiecistego gorsetu. W najgorszym możliwym momencie udało jej się przy tym rozplątać supeł, więc uciążliwa część ubioru wisiała luźno na jej kościstych ramionach.
- Dobry wieczór!- Na twarzy dziewczyny pojawił się jeden z tych niepewnych uśmiechów. Trochę jakby cisnęło jej się na usta “ale nie powiesz mojej matce?”. Pytanie, które jednak zdołała przełknąć.
Czy to kwestia drobnej postury czy przesadnie dziewczęcej sukienki - panna Crouch wpatrująca się w niego z pewną dozą zmieszania i ciekawości skrytych w nienaturalnie wręcz niebieskich oczach, nie wyglądała na swój wiek. Bliżej jej było do uczennicy próbującej wszystkich przekonać o tym jak bardzo jest dorosła w pożyczonych od mateczki obcasach, podczas gdy sama nie odrosła jeszcze od ziemi.
Lekkim skinieniem głowy odpowiedziała na pytanie. Oto ona. Jedyna i nie do podrobienia gwiazda wieczoru. Solenizantka. Radość i rozkosz rodziny Crouch we własnej osobie. Gdy tylko czarodziej podniósł się z krzesła, odruchowo zrobiła krok w jego stronę. Równie niezdarnie, wciąż częściowo uziemiona przez swoją własną garderobę.
Trzeba przyznać, że Lorien chciała dobrze. Równocześnie próbowała ratować rozlatującą się sukienkę, dygnąć z wyuczoną, tak okrutnie typową dla czystokrwistych, żałosnych panienek kurtuazją i nie zaplątać się w falbanach uciążliwej spódnicy; podać wolną dłoń do ucałowania zgodnie z brytyjskimi obyczajami.
Za dużo tego wszystkiego jak na jedną ptasią głowę, bo absolutnie żadna z wymienionych przed chwilą rzeczy jej nie wychodziła za dobrze. Do tego stopnia, że wolną ręką musiała złapać umykającą na podłogę sukienkę, po tym jak niezdarnie przydeptała jedną z tiulowych warstw spódnicy.
- Pan… Da… Degente…- Uniosła lekko do góry rękę, w której tak dziarsko trzymała naręcze materiału w geście mającym dać do zrozumienia, że zaraz, moment, ona sobie naprawdę doskonale poradzi. Ruch sprawił, że jedno z ramiączek gorsetu niebezpiecznie się zsunęło z jej ramienia. Cała kreacja zdawała się aktualnie trzymać na głęboką wiarę pani Matki Prewett, w to, że jej córka przejmie się choć w najmniejszym stopniu nieprzyzwoitością całej sytuacji w jakiej się aktualnie znalazła.
Przez krótką chwilę Umbriel mógł obserwować jak Lorien dość nieporadnie literuje szeptem pod nosem jego nazwisko, a następnie, przygryzając dolną wargę stara się poskładać to w całość. A jednak - nieprzyzwyczajona do twardych, skandynawskich głosek i w dodatku nieszczęśliwie kalecząca nawet rodzimą angielszczyznę swoim włoskim, matczynym akcentem, dziewczyna ewidentnie miała z tym wszystkim spory problem. Nie można jej było jednak odmówić wyraźnego zacięcia. Zmarszczyła brwi, ostatecznie uznając, że rozwikłała tą językową enigmę i poczęstowała swojego towarzysza chyba najgorszą wymową jaką słyszał w życiu.- Signore Briello Dagienhardtio!
Czy jakikolwiek dźwięk zgadzał się z jego imieniem i nazwiskiem, którego (całkiem szczerze i uczciwie) próbowała się jeszcze tego ranka nauczyć? Prawdopodobnie nie. Lorien zdawała się jednak nie zwracać uwagi na takie błahostki.- Naprawdę cieszę się… - Ręka za plecami zaczęła jej lekko drętwieć, więc szarpnęła za sznurki, próbując się uwolnić. Bezskutecznie.- że znalazł pan czas…- kolejne szarpnięcie. Jeszcze bardziej żałosne.-... żeby do nas przyjechać.- Znów to samo. Tym razem jednak oboje mogli usłyszeć trzask materiału. Coś musiało się rozerwać.
W ostatniej chwili Lorien przełknęła przekleństwo, uznając, że pan Umbriel nie zasługuje na to, aby tak szybko odkryć, że ją to jednak wychowała ulica, a nie starannie wyselekcjonowane guwernantki. Przerwała na moment szamotaninę.- Nie chciałam przeszkadzać, po prostu oni - w tym miejscu nastąpiło dość dramatyczne skinięcie głową w stronę drzwi.- są czasem…- zamilkła, ale przekaz był jasny. Okropnie nudni. Pompatyczni. Wolałabym iść na randkę z Dementorem niż spędzić tam kolejny kwadrans słuchając zdziadziałych bogaczy bez polotu. - ... nieszczególnie absorbujący.
Wypowiedziane kompletnie nieznanym jej męskim głosem. Na ułamek sekundy zwyczajnie w świecie zamarła.
Nie była tu sama.
Odwróciła się wyjątkowo powoli w stronę źródła owego “dobrego wieczoru”, nadal licząc, że się przesłyszała, albo co najwyżej przyszło jej napatoczyć się na jednego z kilku duchów zamieszkujących posiadłość. O błoga naiwności.
Pisnęła, bardziej zaskoczona niż przestraszona, natychmiast pokarana przez los za swoje niedbalstwo. Może gdyby wiedziała wcześniej, że w pokoju dla artystów może owych artystów zastać, zastanowiłaby się moment dłużej nad swoimi decyzjami. Dźwięk, który wyrwał się z jej gardła przypomniał coś z pogranicza ptasiego trelu i świergotu - nic co potrafiły zrodzić ludzkie struny głosowe. Lorien utknęła w wyjątkowo pokracznej pozycji, z palcami jednej ręki kompletnie zaplątanymi w sznurki swojego kwiecistego gorsetu. W najgorszym możliwym momencie udało jej się przy tym rozplątać supeł, więc uciążliwa część ubioru wisiała luźno na jej kościstych ramionach.
- Dobry wieczór!- Na twarzy dziewczyny pojawił się jeden z tych niepewnych uśmiechów. Trochę jakby cisnęło jej się na usta “ale nie powiesz mojej matce?”. Pytanie, które jednak zdołała przełknąć.
Czy to kwestia drobnej postury czy przesadnie dziewczęcej sukienki - panna Crouch wpatrująca się w niego z pewną dozą zmieszania i ciekawości skrytych w nienaturalnie wręcz niebieskich oczach, nie wyglądała na swój wiek. Bliżej jej było do uczennicy próbującej wszystkich przekonać o tym jak bardzo jest dorosła w pożyczonych od mateczki obcasach, podczas gdy sama nie odrosła jeszcze od ziemi.
Lekkim skinieniem głowy odpowiedziała na pytanie. Oto ona. Jedyna i nie do podrobienia gwiazda wieczoru. Solenizantka. Radość i rozkosz rodziny Crouch we własnej osobie. Gdy tylko czarodziej podniósł się z krzesła, odruchowo zrobiła krok w jego stronę. Równie niezdarnie, wciąż częściowo uziemiona przez swoją własną garderobę.
Trzeba przyznać, że Lorien chciała dobrze. Równocześnie próbowała ratować rozlatującą się sukienkę, dygnąć z wyuczoną, tak okrutnie typową dla czystokrwistych, żałosnych panienek kurtuazją i nie zaplątać się w falbanach uciążliwej spódnicy; podać wolną dłoń do ucałowania zgodnie z brytyjskimi obyczajami.
Za dużo tego wszystkiego jak na jedną ptasią głowę, bo absolutnie żadna z wymienionych przed chwilą rzeczy jej nie wychodziła za dobrze. Do tego stopnia, że wolną ręką musiała złapać umykającą na podłogę sukienkę, po tym jak niezdarnie przydeptała jedną z tiulowych warstw spódnicy.
- Pan… Da… Degente…- Uniosła lekko do góry rękę, w której tak dziarsko trzymała naręcze materiału w geście mającym dać do zrozumienia, że zaraz, moment, ona sobie naprawdę doskonale poradzi. Ruch sprawił, że jedno z ramiączek gorsetu niebezpiecznie się zsunęło z jej ramienia. Cała kreacja zdawała się aktualnie trzymać na głęboką wiarę pani Matki Prewett, w to, że jej córka przejmie się choć w najmniejszym stopniu nieprzyzwoitością całej sytuacji w jakiej się aktualnie znalazła.
Przez krótką chwilę Umbriel mógł obserwować jak Lorien dość nieporadnie literuje szeptem pod nosem jego nazwisko, a następnie, przygryzając dolną wargę stara się poskładać to w całość. A jednak - nieprzyzwyczajona do twardych, skandynawskich głosek i w dodatku nieszczęśliwie kalecząca nawet rodzimą angielszczyznę swoim włoskim, matczynym akcentem, dziewczyna ewidentnie miała z tym wszystkim spory problem. Nie można jej było jednak odmówić wyraźnego zacięcia. Zmarszczyła brwi, ostatecznie uznając, że rozwikłała tą językową enigmę i poczęstowała swojego towarzysza chyba najgorszą wymową jaką słyszał w życiu.- Signore Briello Dagienhardtio!
Czy jakikolwiek dźwięk zgadzał się z jego imieniem i nazwiskiem, którego (całkiem szczerze i uczciwie) próbowała się jeszcze tego ranka nauczyć? Prawdopodobnie nie. Lorien zdawała się jednak nie zwracać uwagi na takie błahostki.- Naprawdę cieszę się… - Ręka za plecami zaczęła jej lekko drętwieć, więc szarpnęła za sznurki, próbując się uwolnić. Bezskutecznie.- że znalazł pan czas…- kolejne szarpnięcie. Jeszcze bardziej żałosne.-... żeby do nas przyjechać.- Znów to samo. Tym razem jednak oboje mogli usłyszeć trzask materiału. Coś musiało się rozerwać.
W ostatniej chwili Lorien przełknęła przekleństwo, uznając, że pan Umbriel nie zasługuje na to, aby tak szybko odkryć, że ją to jednak wychowała ulica, a nie starannie wyselekcjonowane guwernantki. Przerwała na moment szamotaninę.- Nie chciałam przeszkadzać, po prostu oni - w tym miejscu nastąpiło dość dramatyczne skinięcie głową w stronę drzwi.- są czasem…- zamilkła, ale przekaz był jasny. Okropnie nudni. Pompatyczni. Wolałabym iść na randkę z Dementorem niż spędzić tam kolejny kwadrans słuchając zdziadziałych bogaczy bez polotu. - ... nieszczególnie absorbujący.