13.01.2023, 23:43 ✶
Religia mieszała ludziom w głowach z jednej przyczyny. Jeden bardzo niefajny i niedobry pan powiedział kiedyś, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. I chociaż można wątpić w istnienie bogów, to w istnienie potęgi manipulacji samym słowem wątpić się nie dało. Ona jest, była i chociaż dopiero przyszłość miała dokładnie to nazwać jako efekt iluzji prawdy podczas kolejnych badań psychologicznych, to jak widać - znali ją już dziesiątki lat wcześniej. Założę się, że setki lat wcześniej też była dobrze znana.
Święta takie jak ta jednak dawały coś lepszego ponad zwykłą manipulację. Dawały nadzieję. Nie chodziło nawet o religię, tylko o wiarę w to, że będzie lepiej. Czarodzieje potrzebowali chociaż namiastki normalności, żeby uwierzyć w to, że lepsze jutro nadejdzie. Że jeszcze jest o co walczyć. Nawet jeśli wśród nich pokazywała się osoba, która ten promyk gasiła. Przypominała o tym, przed czym uciekali wzrokiem. O wojnie.
Tragedią tych ludzi było to, że jeden ze Śmierciożerców przyniósł na Ostarę kwiatki, a oni kurwa nic nie wiedzieli.
No, zgoda. Pismo nosem jak nic wyczuła babcia, której mordercza, laskowa broń gotowa była rozłożyć wampira na kawałki i zmusić go do wyznania wszystkich swoich win.
- Właśnie! - Odkrzyknął Sauriel, czując mieszaninę złości, że został zaatakowany w biały (?) dzień i że się go oskarża o rzeczy, których NIE zrobił. Bo nawet jakby chciał, to by nie mógł zrobić. Proste. Tym nie mniej świat nie wiedział o tej jakże prywatnej tragedii i że osłona klejnotów rodowych była tu już zbędnym czynnikiem, za to miał poznać przez te krzyki historię o tym, jak to napastuje biedną dziewczynę. Swoją drogą - tak rozkojarzoną, że trzymała te kwiaty w swoich dłoniach, trochę zarumieniona przez całą sytuację i miała rozchylone usta. Nie wiedziała, co powiedzieć. Już robiła krok, już może nawet brała powietrze w płuca, ale wkroczył Alastor. Auror. Sauriel jeszcze nie wiedział, że to nie staruszkę oddzielano od niego, żeby JEGO bronić, tylko zamiar był obrony STARUSZKI. - Uspokój się, babciu! - Dla pewności zrobił jeszcze parę kroków w tył, nie wiedząc co się dzieje, kim jest, po co jest, ani... w ogóle było to tak abstrakcyjne, że nawet nie wiedział, jak się do babci odnieść. Babci, którą "znał", powiedzmy, ale która miała tak chujowy wzrok, że pomyliłabym mrówkę ze słoniem. A przynajmniej tak o niej myślał sam Czarny Kot.
A jak błysnęła odznaka to Sauriel aż jęknął. Nie to, żeby ten dzień nie mógł być jeszcze lepszy. Mógł. Zawsze może się coś bardziej spierdolić do punktu, w którym pozostaje już tylko siedzieć na schodkach Złotych Tarasów i wzdychać do minionych lat, śpiewając pod nosem Whisky, moja żono.
- A-aresztować go proszę, panie władzo! - Nakazała stanowczo staruszka, podpierając się pod boki. Spoglądała na Moodyego tak, że jej ustąpienie musiałoby zostać poprzedzone jakimś cudem. Nie wiem no, chociaż wrzaskiem trąb anielskich zwiastujących Apokalipsę. I to podkreślam - CHOCIAŻ. Bo przydałoby się coś mocniejszego.
- Babciu! - Odezwała się w końcu dziewczyna, która jakoby była poszkodowana w tej sprawie. Położyła kwiaty na stole i zrobiła parę kroków ku staruszce. Sauriel w tym czasie memlał przekleństwa w swojej głowie i macał swoje kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. I choć uważał, że jest wyklęty przez jakichkolwiek bogów, to jednak - jak trwoga to do Boga. Więc Sauriel się modlił. Bo jego trwoga obejmowała aktualnie to, żeby dokumenty naprawdę przy sobie MIAŁ, skoro wyszedł z domu tylko na moment dostarczyć kwiaty. - Babciu, to Sauriel! On mi tylko podał kwiaty! Pamiętasz? Prosiłaś panią Rookwood, żeby ze swojej szklarni przyniosła ci trochę...
- Nie broń go już dziecko, nie broń! - Czy kobieta słuchała? Nie. - Masz moje dokumenty, skarbeńku? - Po chwili zamieszania, wymian zdań, że nie mam, a gdzie je dałaś, a nie pamiętam,a tam nie ma, nie, to księga wieczysta i tym podobnych w końcu dokumenciki się znalazły. Od obu strony. I zostały też aurorowi podane.
Święta takie jak ta jednak dawały coś lepszego ponad zwykłą manipulację. Dawały nadzieję. Nie chodziło nawet o religię, tylko o wiarę w to, że będzie lepiej. Czarodzieje potrzebowali chociaż namiastki normalności, żeby uwierzyć w to, że lepsze jutro nadejdzie. Że jeszcze jest o co walczyć. Nawet jeśli wśród nich pokazywała się osoba, która ten promyk gasiła. Przypominała o tym, przed czym uciekali wzrokiem. O wojnie.
Tragedią tych ludzi było to, że jeden ze Śmierciożerców przyniósł na Ostarę kwiatki, a oni kurwa nic nie wiedzieli.
No, zgoda. Pismo nosem jak nic wyczuła babcia, której mordercza, laskowa broń gotowa była rozłożyć wampira na kawałki i zmusić go do wyznania wszystkich swoich win.
- Właśnie! - Odkrzyknął Sauriel, czując mieszaninę złości, że został zaatakowany w biały (?) dzień i że się go oskarża o rzeczy, których NIE zrobił. Bo nawet jakby chciał, to by nie mógł zrobić. Proste. Tym nie mniej świat nie wiedział o tej jakże prywatnej tragedii i że osłona klejnotów rodowych była tu już zbędnym czynnikiem, za to miał poznać przez te krzyki historię o tym, jak to napastuje biedną dziewczynę. Swoją drogą - tak rozkojarzoną, że trzymała te kwiaty w swoich dłoniach, trochę zarumieniona przez całą sytuację i miała rozchylone usta. Nie wiedziała, co powiedzieć. Już robiła krok, już może nawet brała powietrze w płuca, ale wkroczył Alastor. Auror. Sauriel jeszcze nie wiedział, że to nie staruszkę oddzielano od niego, żeby JEGO bronić, tylko zamiar był obrony STARUSZKI. - Uspokój się, babciu! - Dla pewności zrobił jeszcze parę kroków w tył, nie wiedząc co się dzieje, kim jest, po co jest, ani... w ogóle było to tak abstrakcyjne, że nawet nie wiedział, jak się do babci odnieść. Babci, którą "znał", powiedzmy, ale która miała tak chujowy wzrok, że pomyliłabym mrówkę ze słoniem. A przynajmniej tak o niej myślał sam Czarny Kot.
A jak błysnęła odznaka to Sauriel aż jęknął. Nie to, żeby ten dzień nie mógł być jeszcze lepszy. Mógł. Zawsze może się coś bardziej spierdolić do punktu, w którym pozostaje już tylko siedzieć na schodkach Złotych Tarasów i wzdychać do minionych lat, śpiewając pod nosem Whisky, moja żono.
- A-aresztować go proszę, panie władzo! - Nakazała stanowczo staruszka, podpierając się pod boki. Spoglądała na Moodyego tak, że jej ustąpienie musiałoby zostać poprzedzone jakimś cudem. Nie wiem no, chociaż wrzaskiem trąb anielskich zwiastujących Apokalipsę. I to podkreślam - CHOCIAŻ. Bo przydałoby się coś mocniejszego.
- Babciu! - Odezwała się w końcu dziewczyna, która jakoby była poszkodowana w tej sprawie. Położyła kwiaty na stole i zrobiła parę kroków ku staruszce. Sauriel w tym czasie memlał przekleństwa w swojej głowie i macał swoje kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. I choć uważał, że jest wyklęty przez jakichkolwiek bogów, to jednak - jak trwoga to do Boga. Więc Sauriel się modlił. Bo jego trwoga obejmowała aktualnie to, żeby dokumenty naprawdę przy sobie MIAŁ, skoro wyszedł z domu tylko na moment dostarczyć kwiaty. - Babciu, to Sauriel! On mi tylko podał kwiaty! Pamiętasz? Prosiłaś panią Rookwood, żeby ze swojej szklarni przyniosła ci trochę...
- Nie broń go już dziecko, nie broń! - Czy kobieta słuchała? Nie. - Masz moje dokumenty, skarbeńku? - Po chwili zamieszania, wymian zdań, że nie mam, a gdzie je dałaś, a nie pamiętam,a tam nie ma, nie, to księga wieczysta i tym podobnych w końcu dokumenciki się znalazły. Od obu strony. I zostały też aurorowi podane.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.