Wzruszył ramionami na to chyba. Od czasu Olive Hornby dwa lata wstecz, nie interesował się ani dziewczętami, ani chłopakami, przekierowując całą energię buzujących hormonów w utrzymanie na uwięzi darów jasnowidzenia. Gdy patrzył do tyłu, wiedział, że po prostu oboje myśleli, że mogą być wspólnie dla siebie wsparciem w dziwności sytuacji z Jęczącą Martą, a później rodzice męczyli dziewczynę, żeby trzymała dobrą partię. On za to dostał pogadankę na temat prawidłowych obiektów swoich zainteresowań, czyli panienek z rodowodem. I tyle. Vasilij poruszył w nim nieznane wcześniej struny, na które wtedy było nieco za wcześnie.
— Wydaje mi się, że dzisiaj niebo może tak wyglądać. Pójdziemy nad jezioro i powiesz mi, w którym momencie jest ten, który lubisz najbardziej — zadecydował, z nowo odkrytą stanowczością. — Pokażesz mi swoją ulubioną letnią konstelację.
W rzeczywistości nie wiedział, co robi. Poprzedniego wieczora pocałował chłopaka, ugryzł go do jasnej cholery, co było daleko bardziej posunięte w śmiałości niż to, co robił kiedykolwiek, jakby fakt przyznania się do tego pociągu złamał w nim jakieś tabu. Trochę też obawiał się momentu, w którym obudzi się z tego snu, z wizji i wszystko okaże się kłamstwem. Dlatego nie otwierał oczu jeszcze przez chwilę.
— Mabon ap Modron — wypowiedział nagle imię walijskiego boga, uświadamiając sobie symbolikę tego momentu. Czasami nienawidził swojego życia przez takie znaki na niebie i ziemi. Rozplótł swoje ramiona i sięgnął ku dłoni Dolohova, aby spleść ich palce razem. — Niechaj nam sprzyja.
Dziwne uczucia wzbierały w nim. Jakby znów chciał w coś uderzyć, tylko że wcale nie.