Powinien drgnąć na dźwięk głosu, nieznanego mu głosu, na dźwięk głosu, który znał od zawsze, który sam przyzywał, który tulił go do snu, jak Matka. Matka. Powolna świadomość spłynęła na niego, jak blask boskiego światła. Przez ten jeden moment miał wrażenie, że jest kimś innym. Nie kimś innym. W pauzie pomiędzy słowami bogini, Morpheus czuł się jak oko cyklonu. Daleki poza nim szalała burza, ale tutaj nie. Tutaj nic nie miało znaczenia. Te kilka słów zdjęło z niego skórę czucia, układ nerwowy, rozdzieliło tkanki i pozostawiło klęczącego ducha, astralną materię, to co zmierza do Limbo, to co jest częścią limbo. I pierwszy raz był piękny.
Zaśnij
Zmarszczyłby brwi, gdyby jeszcze jakieś miał. Nie chciał zasnąć. Nie wtedy, gdy stał u progu epifanii, objawienia, które przecież było możliwe, na pewno według zeznań świadków z Lithy, leżących w dokumentacji Departamentu Tajemnic. Jednak miał ciało, nadal, które dopadła nieskończona słabość. Podparł się ręką, aby podeprzeć wiotczejące fizyczne jestestwo, osuwając się powoli na zniszczoną posadzkę, patrząc cały czas na płonący ogień ofiarny, na czarne kryształy cukru, na resztki organicznej tkanki.
Zaśnij, to coś ci pokażę...
Rzęsy zatrzepotały, jak skrzydła motyla i w ostatnim momencie pomyślał, że dobrze, że Anthony'ego nie ma z nim, bo wieszczenie nigdy nie było pięknym widokiem, a jeszcze jego światopogląd zmieniłby się całkowicie i co wtedy? Co, jeśli bogini by wciągnęła i jego do wizji, tak nieprzygotowanego, zdolnego jedynie do stawiania granic dla swojego umysłu, nie otwarcia go na mistykę i magię. Może dlatego to on jedyny był mistykiem w ich czwórce i jako jedyny miał otwarty umysł. Jego przeznaczenie leżało gdzie indziej.
Patrzył na dolinę i myślał, że ją zna ale zamiast babiego lata, był deszcz i smutek, jakby Matka skropiła świat łzami, których nie miał nigdy odwagi wypłakać. Coś było nie tak, zaczął biec przed siebie, między znanymi domami, familiarnymi ogródkami, które mijał odkąd zaczął chodzić. Zniekształcone przez dziwnie czerwoną, pulsującą jesień pomimo burości przestrzeni. I wtedy wszystko zaczęło płonąć.
Zasłonił twarz szatą i zaczął biec. Nic im nie będzie, to wprawieni wojownicy. Wszystko płonęło, on płonął. Przystanął na to, na chwilę, absolutnie zafascynowany tym, jak jego własny żywioł spopiela go do cna. I znow zerwał się, targany złymi przeczuciami, a on nie ignorował ich nigdy. Zobaczył więc znak w swojej apokaliptycznej wizji. Niemy krzyk wydobył się z jego gardła, rozpacz. Nie. Nie. Nie. Nie umrze, a jego rodzina nie podda się Śmierciożercom. Nie ma takiej możliwości. Nie pozwoli na to.
Zbudził się, zesztywniały, brudny od posadzki, ciało miał napięte. Podniósł się powoli i ukląkł. Obejrzał swoje dłonie, nienaruszone w żaden sposób ogniem, ciało żywe i pełne, na nowo złożone przez Matkę do naturalnej formy. Dotknął swojego nosa, nadal złamanego, wsunął dłoń pod szatę i wyczuł nierówność na skórze, tam gdzie powinna być.
Skłonił się ołtarzowi, dotykając czołem posadzki.
— Dziękuję, Pani, za twoją wizję — powiedział i zaczął po sobie sprzątać i myśleć do siebie na głos. — Teraz muszę tylko znaleźć kogoś, kto pomoże mi wytyczyć daty i dokładność wizji.
Problemem było to, że z ekspertem od wizji sennyh był niekoniecznie na pokojowej stopie.