– W lustro? A co ma do tego lustro? – Lestrange ewidentnie nie zrozumiała, że właśnie dostała zawoalowany komplement, bo ciągle myślami była w kwestii zimna, która z jej obliczem nie miała zbyt wiele wspólnego jej zdaniem.
A przepraszała, bo zamiast umówić się na kawę czy kremowe piwo i porozmawiać spokojnie o tym, jak przebiegły ostatnie wojaże Flinta, czy o tym, co działo się w życiu Victorii, ona ściągnęła go do siebie w środku nocy, żeby jej pomógł. To wyglądało źle w jej własnych oczach, zupełnie jakby był jej potrzebny tylko do tego i mierziło ją to, przeszkadzało w jej własnej głowie. I tak, przepraszała, że jest w potrzebie - miała do tego tendencję, bo wolała nie zawracać ludziom głowy pierdołami - oczywiście pierdołami w jej własnym mniemaniu. I tak, zawsze miała w sobie ten chłód i dystans, ludzie mieli ją przez to za sztywniarę i “panią protokół” i dopiero przy bliższym poznaniu zyskiwała, bo okazywała się być osobą, która jednak dba o ludzi i wcale nie szczędzi dobrego słowa. Przywykła za to do sposobu życia Berhta, że raz jest, raz znika, że jest niestały jak morze i jednocześnie tak pewny jak przypływ i odpływ zależne od fazy księżyca – tak zgrane z modłami jakie do Pani Księżyca składał. Nic tu nie było dziełem przypadku, to że miał córkę też nie (wszak zbliżenia powodują ryzyko… aż dziwiło, że nie sięgnęli po jakieś eliksiry, by ewentualnej wpadce zapobiec), zaś to, że nie poświęcał jej odpowiednio dużo czasu… dzisiaj nie miał usłyszeć kazania na ten temat.
– Nie wiedziałam nawet czy jesteś już w pobliżu… ale nie poprosiłam nikogo innego – to była akurat prawda. Brenna od razu była gotowa ściągać tu jakiegoś swojego znajomego (który ewidentnie się jej bał), ale Victoria wolała w pierwszej kolejności dowiedzieć się, czy może Dægberht nie mógłby się tym zająć. Nie brała go za pewnik wtedy, kiedy go nie byłom pisał jej, że wraca do Londynu, ale nie wiedziała, kiedy to nastąpi. I miała cichą, och jakże cichą nadzieję, że jednak może już wrócił i po prostu nie zdążył dać jej znać, że jest. Nie pomyliła się, skoro dopiero co zawitał do domu i próbował się przespać. Już w momencie kiedy powiedział, że nie ma swoich rzeczy i to świeczka od Vior, wiedziała, że Flinty nie ma żadnych ukrytych motywów. Ale sama pomyślała, że jego współlokatorka może takie mieć.
– Jeden od Mulciberów po prostu – wzruszyła ramionami. – Jeden z tych, który najwyraźniej przywykł do wydawania rozkazów i myśli, że każdy będzie go słuchać – nie znała go jakoś dobrze, ale na tyle, żeby nie pałać dobrymi uczuciami i po prostu trzymać się z daleka. – W każdym razie zrobił niezły cyrk i jeśli chciał uchronić rodzinę przed wstydem, to zrobił jeszcze większy – a przynajmniej według niej. Bo można to było rozegrać z klasą, ale widocznie nie każdego było na nią stać.
Meble były nowe, bo tak, Victoria była na tyle bogata, żeby sobie na nie pozwolić, ale mieszkanie kupiła już jakiś czas temu, po prostu stało nieużywane z myślą, że “aaaa… może się kiedyś przyda”. Przydało. Znane były za to niektóre kwiaty, które zabrała z rezydencji rodziców, dużo było jednak nowych, powciskanych w chyba każdy kąt tego mieszkania, nie tylko salonu.
Podążyła za spojrzeniem Dægberhta, a jej wzrok padł na błękitnego kota.
– Tak. I tak, jest niebieski. To Błękitny Kwiatuszek, wzięłam go ze sobą z Kociego Azylu na Lammas. A to Luna – tu wskazała na całkiem czarną małą kulkę zwiniętą na fotelu. – Zrobię – obiecała, ale nim się ruszyła, przez moment obserwowała, jak Berht bierze sobie stołek, żeby zajrzeć do pechowej kratki. Łypnęło na niego złe, pełne nienawiści żółte oko istoty, która ewidentnie była zakneblowana… i rozwiązywana jak syneczka gotowa do wędzenia, wciśnięty w ten kanał wentylacyjny – Victoria nie kłamała. – Przystojniak, nie?
Chwilę później Victoria teleportowała się do kuchni, żeby przygotować Flintowi herbatę.