14.01.2023, 01:05 ✶
Ludzie kochali tajemnice - taki był ten świat. A Pan Sauriel Rookwood roztaczał jej widmo wokół siebie na całkiem spory dystans. Dlatego, że wiele tajemnic miał. I też dlatego, że przy tym wszystkim był całkiem arogancki i zachowywał się na co dzień, jakby wcale ich nie było. Ludzi przyciągała też charyzma. Sauriel nie został stworzony do tego, by występować przed wielką publiką, ale siedzenie sobie w kącie knajpy, brzdąkanie tego, co lubił i co wiedział, że przypadnie ludziom do uszu, nie było już problemem. Więc siedział na swoim stołku ten Czarny Kot, który był zdecydowanie mniejszą atrakcją od tego gadającego, ale zawsze - jakąś. Obroty się zgadzały, wydawały się wręcz rosnąć, więc... chyba faktycznie - działało. Sauriel by skłamał, gdyby miał powiedzieć, że sądził, że to NIE zadziała. Jak już wspominałam - był całkiem arogancki.
Jak to koty.
O co jednak się rozchodziło temu Kocurowi? Ano głównie o to, żeby posiedzieć, pograć, napić się. Pobawić. Wiecie, każdy muzyk miał swoją specyficzną minę i ruchy, kiedy grał. Kiedy był skupiony. Bo muzyka miała to do siebie, że pasjonatów pochłaniała do reszty. Tak jak Norę bez reszty pochłaniały jej wypieki. Ich zapach, woń i struktura ciasta - coś, co znała tylko ona, czego inni nie pojmowali i być może w innym zakątku świata był drugi taki, co tak przeżywał pieczenie, ale nie było miejsca na dwóch takich w jednym Londynie, być może nawet całej Anglii. Cóż, akurat grajków przygodnych było sporo. Dla Sauriela to nie były pieniądze - to była możliwość wyrwania się z domu i spędzenia go na czymś, co kochał robić. Co potrafiło go odciąć od świata, kiedy marszczył brwi, kiedy poruszał się wraz z muzyką, czasami wpatrując się w struny, a czasami tym skupionym wzrokiem na okna kawiarenki. I, o paradoksie, Wampir Śmierciożerca grał w Różowej Kawiarni członkini Zakonu Feniksa.
Podobno Los kochała igrać z tymi, którzy mieli coś do opowiedzenia.
Więc grał. Dbając o to, żeby te spokojniejsze utwory, te smutne, były potem przerywane żywszymi i radośniejszymi. Popiół brudził mu spodnie, ale się tym nijak nie przejmował. Po prostu grał. Ludzie lubili się pobawić przy brzdąkającej muzyce, pogadać, może czasem poobserwować i pozastanawiać się "woaah, jak on to robi tam, tymi palcaaami..." Sauriel zaś lubił na to odpowiadać: "to nie wszystko, co z nimi umiem robić" wink wink.
Utwór dotarł do końca, a muzyk wstał, pokłonił się i odłożył w kąt swoją gitarę, otrzepując swoje spodnie, by zaraz różdżką je wyczyścić, kiedy skierował się do miejsca, w którym ostatni raz widział kobietę. Czyli - za barem. I nawet nie od razu zobaczył Fergusa, albo inaczej - obróconego do niego w taki sposób po prostu nie zanotował od razu, że to on.
- Wiesz co, przemyślałem sobie to wszystko i chyba powinienem inkasować twoje buziaki za występy zamiast mamony. - Oznajmił, siadając przy barze i sprawdzając, czy jego opuszki są jeszcze całe, czy może powstał w nich nowy wymiar dziur.
Jak to koty.
O co jednak się rozchodziło temu Kocurowi? Ano głównie o to, żeby posiedzieć, pograć, napić się. Pobawić. Wiecie, każdy muzyk miał swoją specyficzną minę i ruchy, kiedy grał. Kiedy był skupiony. Bo muzyka miała to do siebie, że pasjonatów pochłaniała do reszty. Tak jak Norę bez reszty pochłaniały jej wypieki. Ich zapach, woń i struktura ciasta - coś, co znała tylko ona, czego inni nie pojmowali i być może w innym zakątku świata był drugi taki, co tak przeżywał pieczenie, ale nie było miejsca na dwóch takich w jednym Londynie, być może nawet całej Anglii. Cóż, akurat grajków przygodnych było sporo. Dla Sauriela to nie były pieniądze - to była możliwość wyrwania się z domu i spędzenia go na czymś, co kochał robić. Co potrafiło go odciąć od świata, kiedy marszczył brwi, kiedy poruszał się wraz z muzyką, czasami wpatrując się w struny, a czasami tym skupionym wzrokiem na okna kawiarenki. I, o paradoksie, Wampir Śmierciożerca grał w Różowej Kawiarni członkini Zakonu Feniksa.
Podobno Los kochała igrać z tymi, którzy mieli coś do opowiedzenia.
Więc grał. Dbając o to, żeby te spokojniejsze utwory, te smutne, były potem przerywane żywszymi i radośniejszymi. Popiół brudził mu spodnie, ale się tym nijak nie przejmował. Po prostu grał. Ludzie lubili się pobawić przy brzdąkającej muzyce, pogadać, może czasem poobserwować i pozastanawiać się "woaah, jak on to robi tam, tymi palcaaami..." Sauriel zaś lubił na to odpowiadać: "to nie wszystko, co z nimi umiem robić" wink wink.
Utwór dotarł do końca, a muzyk wstał, pokłonił się i odłożył w kąt swoją gitarę, otrzepując swoje spodnie, by zaraz różdżką je wyczyścić, kiedy skierował się do miejsca, w którym ostatni raz widział kobietę. Czyli - za barem. I nawet nie od razu zobaczył Fergusa, albo inaczej - obróconego do niego w taki sposób po prostu nie zanotował od razu, że to on.
- Wiesz co, przemyślałem sobie to wszystko i chyba powinienem inkasować twoje buziaki za występy zamiast mamony. - Oznajmił, siadając przy barze i sprawdzając, czy jego opuszki są jeszcze całe, czy może powstał w nich nowy wymiar dziur.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.