22.08.2024, 09:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2024, 09:49 przez Dægberht Flint.)
- Vivi, chodziło mi o to, że jesteś jedną z najładniejszych dziewczyn, jakie znam. - To, co powiedział, było (jak zawsze) całkowicie szczere, pozwolił sobie jednak na zatajenie tego, że właściwie to ulokowałby ją na pierwszej pozycji, ale... jak cholernie niezręczne by było, gdyby zepchnął na dalszy plan matkę własnego dziecka. Okej, mógł być dziwny w opór, ale nie znaczyło to przecież, że musiał być przy tym pozbawiony resztek i tak kulawego przez te regularne podróże wyczucia. - I możesz być zimna jak lód, ale twoja natura jest ciepła jak letnia, włoska noc.
Widział w swoim życiu cieplejsze miejsca, ale okiem poety - nie posiadały one odpowiedniej estetyki. Ciepłe kraje kojarzyły mu się nieustannie ze wzorzystymi materiałami i zapachami odległymi od jego wyobrażeń o pannie Lestrange. Włochy czy Hiszpania były jej bliższe, ale wygrywały te pierwsze - bo gdyby miał ją sobie zwizualizować w jakiejś scenie, prawdopodobnie siedziałaby odziana w czarną, nieprzesadnie elegancką sukienkę, trzymając kieliszek wina na tle zabytkowych budowli oblanych sztucznym światłem latarni. To pasowało jej idealnie. Nawet bardziej niż rzeczywistość, w której żyła na codzień - pełna walk, przeludnionego Londynu i uprzedzeń - może dlatego w ogóle zaczął pisać, żeby wyrwać ludzi takich jak Victoria w należyte im miejsce, poprzez teksty pełne skojarzeń i metafor.
Kiedy powiedziała, że nie poprosiłaby nikogo innego, Dægberht nieco głośno przełknął ślinę, zmieszany i zaniepokojony burzącą się w głowie narracją. Bardzo wiele energii włożył w to, żeby ten odruch jakoś zamaskować, nie chcąc budować tutaj złego wrażenia. Mógłby rozwiać to słowami - istniały jednak rzeczy, o których nawet on nie chciał rozmawiać. Nawet on.
- Zauważyłem - chociaż jego obecność na sabatach ograniczała się zwykle w głównej mierze do obrzędów religijnych - że dużo starszych osób, które w czasach swojej młodości kłaniało się nestorom rodu, ma dzisiaj problem z pojęciem, dlaczego nie potrafili wychować swoich dzieci tak, jak ich wychowali ojcowie. Próbują zrzucić ciężar winy na mugoli i zły wpływ pokolenia Rock and Rolla, ale mi się wydaje, że jako czarodzieje sami w sobie przeszliśmy ogromną przemianę społeczną, tylko oni nie potrafią ruszyć się z miejsca. - Dmuchnął we włosy, oświetlając sobie różdżką szyb wentylacyjny. - Mogliby zatańczyć razem z nimi albo spróbować temu zapobiec, ale zamiast tego stoją w bezruchu, czasem krzyczą - stęknął, sięgając ręką tak głęboko, jak tylko mógł - i z każdym kolejnym dniem stają się coraz bardziej nieistotni.
Stęknął jeszcze raz, szarpnięcie za szarpnięciem. Ostatecznie wyciągnął poltergeista na zewnątrz.
- Cóż, wydaje mi się, że jesteś już na tyle zmęczony, aby samemu chcieć odlecieć w siną dal - powiedział, zatykając mu palcami usta. Następnie ułożył go na podłodze i otworzył najbliższe im okno. Jego oczy faktycznie przesunęły się pomiędzy wypoczywającymi w pomieszczeniu kotami, z zainteresowaniem zarejestrował też imię Luna, skupił się jednak na tym, kogo (a może raczej co) miał przed sobą. Złego ducha mącącego tutejszy spokój. - Nie mów nic, to odeślę cię w ciekawsze miejsce niż ta żelazna puszka.
Poltergeist wyszczerzył się upiornie i Flint odetchnął głęboko. Odliczył w głowie do trzech i po Pokątnej poniósł się niemal paniczny, okrutny i zapewne zwracający uwagę każdego wokół kobiecy jazgot.
- Na Matkę, na Panią Księżyyyca, pomoccyyyyyy, bijąąąą mnieeee - syczał, wijąc się i gryząc pętającą go linę. Dægberht ścisnął usta w wąską linię i napiął się, odpalając świeczkę. Nie pozwolił lontowi zapalić się powoli - on tej świecy zrobił małe ognisko, chcąc szybko ochlapać woskiem wypucowaną podłogę.
- Właśnie straciłeś jakieś pięć punktów aury - odparł, omal nie potykając się przy tym o przebiegającego obok panicznie kota. Nieszczególnie dziwiło to, że w tej sytuacji wolał znaleźć się bliżej swojej właścicielki i z dala od źródła tak silnego hałasu.
- PORWALI MI DZIECKOOOOOOO...
Odwrócił poltergeista na brzuszek.
- Mmmmoje mamalhleństfoooo....
- Wiesz, że nie posiadasz duszy, prawda? Jeżeli usunę cię z tego świata całkowicie, przestaniesz istnieć nawet jako koncepcja.
- Obdziehrają je ze skóry i karmią tym psy Śmielciożelfufff!
Flint potarł czoło ręką, wyraźniej zakreślając woskowy krąg. Z każdą kolejną sekundą rozważał jednak użycie tej świecy w inny sposób, skoro już ktoś fatygował się do nadania jej takiego kształtu. Odetchnął głęboko, wciągając w płuca kolejną porcję afrodyzjaku.
- Pani Księżyca ci tutaj nie pomoże. Może gdybyś wiedział, na czyje imię się powołujesz, nigdy nie stałbyś się złym duchem.
- Pani Księżyca ruchała małe dzie-
- MILCZ - warknął i tym razem warknął tak stanowczo, żeby poltergeist naprawdę się utkał. Flintowi to jednak nie wystarczyło i zdzielił go tą świeczką w obojczyk. Ten w gruncie rzeczy niepotrzebny akt przemocy z przykrością uznał za niezaprzeczalny moment swojej wewnętrznej słabości.
- Na srebrną tarczę unoszącą się nad naszymi głowami, obiecuję ci, że tam, gdzie zakończy się twoja wędrówka, nie istnieje już nic oprócz spokoju. Nie zrozumiesz cyklu dnia i nocy, nie zrozumiesz koła roku, nie zrozumiesz więc tego, co ci powiem, ohydny duchu, ale powiadam ci, że wracasz teraz tam, skąd przyszedłeś. Ten świat się ciebie wyrzeka, a ja wymazuję twój ślad z tej rzeczywistości. Jak ten płomień zgaśniesz w otchłani zapomnienia.
Zdmuchnął płomień świecy i... już. Bo kiedy płomień zgasł, tak samo zgasło to istnienie. Po obu pozostała jedynie kępa dymu, która odtańczyła swój taniec na nagłym podmuchu delikatnego wiatru i wyleciała za roztwartą okiennicę.
Widział w swoim życiu cieplejsze miejsca, ale okiem poety - nie posiadały one odpowiedniej estetyki. Ciepłe kraje kojarzyły mu się nieustannie ze wzorzystymi materiałami i zapachami odległymi od jego wyobrażeń o pannie Lestrange. Włochy czy Hiszpania były jej bliższe, ale wygrywały te pierwsze - bo gdyby miał ją sobie zwizualizować w jakiejś scenie, prawdopodobnie siedziałaby odziana w czarną, nieprzesadnie elegancką sukienkę, trzymając kieliszek wina na tle zabytkowych budowli oblanych sztucznym światłem latarni. To pasowało jej idealnie. Nawet bardziej niż rzeczywistość, w której żyła na codzień - pełna walk, przeludnionego Londynu i uprzedzeń - może dlatego w ogóle zaczął pisać, żeby wyrwać ludzi takich jak Victoria w należyte im miejsce, poprzez teksty pełne skojarzeń i metafor.
Kiedy powiedziała, że nie poprosiłaby nikogo innego, Dægberht nieco głośno przełknął ślinę, zmieszany i zaniepokojony burzącą się w głowie narracją. Bardzo wiele energii włożył w to, żeby ten odruch jakoś zamaskować, nie chcąc budować tutaj złego wrażenia. Mógłby rozwiać to słowami - istniały jednak rzeczy, o których nawet on nie chciał rozmawiać. Nawet on.
- Zauważyłem - chociaż jego obecność na sabatach ograniczała się zwykle w głównej mierze do obrzędów religijnych - że dużo starszych osób, które w czasach swojej młodości kłaniało się nestorom rodu, ma dzisiaj problem z pojęciem, dlaczego nie potrafili wychować swoich dzieci tak, jak ich wychowali ojcowie. Próbują zrzucić ciężar winy na mugoli i zły wpływ pokolenia Rock and Rolla, ale mi się wydaje, że jako czarodzieje sami w sobie przeszliśmy ogromną przemianę społeczną, tylko oni nie potrafią ruszyć się z miejsca. - Dmuchnął we włosy, oświetlając sobie różdżką szyb wentylacyjny. - Mogliby zatańczyć razem z nimi albo spróbować temu zapobiec, ale zamiast tego stoją w bezruchu, czasem krzyczą - stęknął, sięgając ręką tak głęboko, jak tylko mógł - i z każdym kolejnym dniem stają się coraz bardziej nieistotni.
Stęknął jeszcze raz, szarpnięcie za szarpnięciem. Ostatecznie wyciągnął poltergeista na zewnątrz.
- Cóż, wydaje mi się, że jesteś już na tyle zmęczony, aby samemu chcieć odlecieć w siną dal - powiedział, zatykając mu palcami usta. Następnie ułożył go na podłodze i otworzył najbliższe im okno. Jego oczy faktycznie przesunęły się pomiędzy wypoczywającymi w pomieszczeniu kotami, z zainteresowaniem zarejestrował też imię Luna, skupił się jednak na tym, kogo (a może raczej co) miał przed sobą. Złego ducha mącącego tutejszy spokój. - Nie mów nic, to odeślę cię w ciekawsze miejsce niż ta żelazna puszka.
Rzut PO 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Poltergeist wyszczerzył się upiornie i Flint odetchnął głęboko. Odliczył w głowie do trzech i po Pokątnej poniósł się niemal paniczny, okrutny i zapewne zwracający uwagę każdego wokół kobiecy jazgot.
- Na Matkę, na Panią Księżyyyca, pomoccyyyyyy, bijąąąą mnieeee - syczał, wijąc się i gryząc pętającą go linę. Dægberht ścisnął usta w wąską linię i napiął się, odpalając świeczkę. Nie pozwolił lontowi zapalić się powoli - on tej świecy zrobił małe ognisko, chcąc szybko ochlapać woskiem wypucowaną podłogę.
- Właśnie straciłeś jakieś pięć punktów aury - odparł, omal nie potykając się przy tym o przebiegającego obok panicznie kota. Nieszczególnie dziwiło to, że w tej sytuacji wolał znaleźć się bliżej swojej właścicielki i z dala od źródła tak silnego hałasu.
Rzut PO 1d100 - 4
Akcja nieudana
Akcja nieudana
- PORWALI MI DZIECKOOOOOOO...
Odwrócił poltergeista na brzuszek.
- Mmmmoje mamalhleństfoooo....
- Wiesz, że nie posiadasz duszy, prawda? Jeżeli usunę cię z tego świata całkowicie, przestaniesz istnieć nawet jako koncepcja.
Rzut PO 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
- Obdziehrają je ze skóry i karmią tym psy Śmielciożelfufff!
Flint potarł czoło ręką, wyraźniej zakreślając woskowy krąg. Z każdą kolejną sekundą rozważał jednak użycie tej świecy w inny sposób, skoro już ktoś fatygował się do nadania jej takiego kształtu. Odetchnął głęboko, wciągając w płuca kolejną porcję afrodyzjaku.
- Pani Księżyca ci tutaj nie pomoże. Może gdybyś wiedział, na czyje imię się powołujesz, nigdy nie stałbyś się złym duchem.
Rzut PO 1d100 - 18
Akcja nieudana
Akcja nieudana
- Pani Księżyca ruchała małe dzie-
- MILCZ - warknął i tym razem warknął tak stanowczo, żeby poltergeist naprawdę się utkał. Flintowi to jednak nie wystarczyło i zdzielił go tą świeczką w obojczyk. Ten w gruncie rzeczy niepotrzebny akt przemocy z przykrością uznał za niezaprzeczalny moment swojej wewnętrznej słabości.
Rzut PO 1d100 - 99
Sukces!
Sukces!
- Na srebrną tarczę unoszącą się nad naszymi głowami, obiecuję ci, że tam, gdzie zakończy się twoja wędrówka, nie istnieje już nic oprócz spokoju. Nie zrozumiesz cyklu dnia i nocy, nie zrozumiesz koła roku, nie zrozumiesz więc tego, co ci powiem, ohydny duchu, ale powiadam ci, że wracasz teraz tam, skąd przyszedłeś. Ten świat się ciebie wyrzeka, a ja wymazuję twój ślad z tej rzeczywistości. Jak ten płomień zgaśniesz w otchłani zapomnienia.
Zdmuchnął płomień świecy i... już. Bo kiedy płomień zgasł, tak samo zgasło to istnienie. Po obu pozostała jedynie kępa dymu, która odtańczyła swój taniec na nagłym podmuchu delikatnego wiatru i wyleciała za roztwartą okiennicę.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr