22.08.2024, 19:43 ✶
Kolega w stylowej czapce nie zamierzał bynajmniej pozostać atakującym dłużny. Korzystając z przewagi uzyskanej dzięki tarczy Selwyna, odpłacił się im falą mającą odepchnąć czarnoksiężników od wozu, aby Woody i Jonathan mieli szansę wybrać lepsze pozycje do odpierania natarcia. Jeden z zakapturzonych mężczyzn poleciał daleko, niemal ku linii drzew, lądując plecami w śniegu; drugi zdążył częściowo rozproszyć zaklęcie, został odepchnięty jedynie o małych parę metrów i wciąż stał na nogach.
To jednak wystarczyło. Woody wykorzystał moment ich rozsypki, aby na powrót zatrzasnąć drzwi paki, a następnie ręką dał znak swojemu woźnicy, aby ten wkroczył do akcji.
Po chwili ich uszu doleciało donośne wiśta wio Boba, po czym stary czarodziej klepnął jednego z wierzchowców w zaprzęgu, który ciągnął powóz zakonników. Abraksany ruszyły. Znały drogę powrotną. Rozpędzające się konie rozwinęły skrzydła, pusta bryczka wzniosła się w powietrze, a sam woźnica ruszył ku ławeczce stangreta w karocy, którą zamierzali przejąć.
Z tyłu, przy bagażniku, trwała przez cały ten czas intensywna wymiana zaklęć pomiędzy Zakonnikami a Śmierciożercami. Noc pod bristolskim laskiem rozrywały rozbłyski i barwne smugi pozostawione przez magię. Śnieg i ciemności utrudniały ugodzenie przeciwnika; starcie pozostawało wyrównane.
— Zbieramy się! — rzucił do Jonathana Tarp. Na ławce woźnicy z przodu, gdzie powozić miał Bob, było miejsce dla jeszcze jednej osoby. Na tyłach karocy, przy bagażniku, była również druga ławeczka. Pozostawała także opcja podróżowania w bagażniku, jak to zrobili dwaj zakapturzeni milusińscy, ale Woody wolał szersze pole manewru, biorąc pod uwagę, że czarnoksiężnicy nie pozwolą im z pewnością ot tak oddalić się z karocą. — Idź do niego do przodu. Ja osłonię tyły — zaoferował, stawiając kolejną tarczę, aby pozwolić Jonathanowi bezpiecznie się przemieścić.
To jednak wystarczyło. Woody wykorzystał moment ich rozsypki, aby na powrót zatrzasnąć drzwi paki, a następnie ręką dał znak swojemu woźnicy, aby ten wkroczył do akcji.
Po chwili ich uszu doleciało donośne wiśta wio Boba, po czym stary czarodziej klepnął jednego z wierzchowców w zaprzęgu, który ciągnął powóz zakonników. Abraksany ruszyły. Znały drogę powrotną. Rozpędzające się konie rozwinęły skrzydła, pusta bryczka wzniosła się w powietrze, a sam woźnica ruszył ku ławeczce stangreta w karocy, którą zamierzali przejąć.
Z tyłu, przy bagażniku, trwała przez cały ten czas intensywna wymiana zaklęć pomiędzy Zakonnikami a Śmierciożercami. Noc pod bristolskim laskiem rozrywały rozbłyski i barwne smugi pozostawione przez magię. Śnieg i ciemności utrudniały ugodzenie przeciwnika; starcie pozostawało wyrównane.
— Zbieramy się! — rzucił do Jonathana Tarp. Na ławce woźnicy z przodu, gdzie powozić miał Bob, było miejsce dla jeszcze jednej osoby. Na tyłach karocy, przy bagażniku, była również druga ławeczka. Pozostawała także opcja podróżowania w bagażniku, jak to zrobili dwaj zakapturzeni milusińscy, ale Woody wolał szersze pole manewru, biorąc pod uwagę, że czarnoksiężnicy nie pozwolą im z pewnością ot tak oddalić się z karocą. — Idź do niego do przodu. Ja osłonię tyły — zaoferował, stawiając kolejną tarczę, aby pozwolić Jonathanowi bezpiecznie się przemieścić.
piw0 to moje paliwo