24.08.2024, 15:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2025, 11:28 przez Lorien Mulciber.)
Ucałowana w dłoń, posłała muzykowi jeden z tych grzecznych, niemal książkowych uśmiechów. Jakby nie tkwiła w absurdalnej sytuacji jak jakaś żałosna dama w opałach.
Jęknęła w duszy na samą myśl, że na pewno gdzieś już istniało tanie, aczkolwiek bardzo poczytne romansidło dla podstarzałych kur domowych z identycznym motywem. Bogata, choć zbuntowana panienka umyka w środku nocy z przyjęcia, znużona i osamotniona, po czym w pustym pomieszczeniu natrafia na tajemniczego pianistę z dalekich krajów. I gdy nadejdzie poranek przyjdzie im się pożegnać raz na zawsze, tonąc w tęsknocie i smutku. Ugh.
Tylko dlaczego tym wszystkim bohaterkom nigdy nie cierpła ręka, nie potykały się (jak już to uroczo, niczym nieporadne ptaszyny, wpadając wprost w objęcia wybranków) o własne spódnice, nie nabawiały się odparzeń od niewygodnych butów i nie działał im kompletnie instynkt samozachowawczy, gdy drzwi zostawały za nimi zamknięte na zasuwę.
Pewnie gdyby nie typowy dla romansów plot armor, śmiertelność głównych bohaterek byłaby zatrważająco wysoka.
Lorien lubowała się w słuchaniu opowieści. W smakowaniu emocji ukrytych w słowach i fałszywych zapewnieniach mniej lub bardziej roztropnych koleżanek. Było w tym przeświadczeniu o własnej wyjątkowości coś równocześnie żałosnego i uroczego.
Nie jestem taka jak inne baby, duh. Wolę nosić męskie szaty, grać w Qudditch’a, pluć na odległość i piszczeć, że jak mnie wcisną w obcasy to się zaraz połamię! Spędzam tyle czasu z chłopakami, że czasem zapominam, że nie powinnam zbyt długo spoglądać na złociste loki Anne Slughorn.
Nie jestem taka jak inne moje rówieśniczki. Nie interesują mnie chłopcy. Jestem skupiona na poważnych rzeczach jak nauka. W przyszłości pragnę zostać badaczem kultury i obyczajów małego plemienia goblinów na północnowschodniej, pacyficznej wyspie Punta Puntotiallalea i udaję, że nie płaczę w poduszkę, gdy moje koleżanki z dormitorium opowiadają sobie o randkach w Miodowym Królestwie.
Nie jestem taka jak inne panienki. Marzę o podróżach, o sławie, o wielkim świecie. Wyjdę za mąż za jakiegoś starego, bogatego dziada z tytułem i po prostu poczekam, aż umrze. Potem zamieszkam w willi na Lazurowym Wybrzeżu, albo jeszcze lepiej – pojadę robić karierę aktorki w magikinie do Stanów Zjednoczonych!
Każda jedna i tak kończyła w puli dziczy na sprzedaż – na każdą przychodził czas. Wtedy przychodził czas na wielkie, pełne przepychu licytacje. Która nie grzeszy urodą, ale ma pokaźne wiano; którą wychowano by była w pełni posłuszna woli męża jak pacynka na sznurku; która jest równie piękna co głupia; której w gwiazdach przeczytano, że urodzi samych synów;
Potem szybki ślub, by wkrótce umierać z nudy na przyjęciach charytatywnych i modić się w duchu, by to nie twój syn wsadził swoją śliczną i jakże pustą główkę do ponczu, stając się obiektem pełnych politowania uśmieszków starych ciotek. Żeby to jednak męża tej idiotki Avery (na każdym przyjęciu była taka stereotypowa “panna Avery”, której w dzieciństwie ktoś przeprowadził lobotomię pluszowym dłutem, bo człowiek nie mógłby być tak głupi i pusty, prawda?) znaleziono nieprzytomnego w objęciach służki.
Lorien przełknęła nerwowo ślinę, jakoś tak nieco bardziej nerwowo próbując się wyswobodzić. Równocześnie odliczała w myślach do dziesięciu. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Jesteś oazą spokoju. Nie jestem. Jesteś. Okej. Kontroluj się. Bo jak się dzisiaj przemienisz, ojciec cię prześwięci.
Postanowiła więc, całkiem sensownie, skupić się na swoim towarzyszu. Kontrolnie zerkała, uważnie nasłuchiwała.
- Huh.- Odpowiedziała tylko. Mało precyzyjna była to odpowiedź, bo ciężko stwierdzić czy chodziło jej o wpędzenie do grobu rodziców czy może zszokowanie „swoich” gości czy może była to zwyczajna reakcja na to, że mężczyzna odszedł na bok i aktualnie przeprowadzał inspekcję wyjątkowo tandetnej tapety. To było… miłe, że w ogóle raczył o tym pomyśleć. Mając minimalnie więcej prywatności, zdołała się nareszcie pokracznie wydostać z plątaniny sznurków. – Myślę, że gdyby to dobrze skoordynować i zdjąć gorset przez odpowiednim kawalerem, to można by równocześnie odprawić wesele, pogrzeb i egzorcyzmy, bo matka to by mnie zza grobu prześwięciła. Wyobrażam to sobie, ten utwór jako czysty gwałt na sztuce. Albo jej nowy nurt. Kubizm wśród marszy pogrzebowo-weselnych.- Westchnęła głęboko, nie bez dalszych problemów wydostając się z gorsetu. Najbardziej ucierpiały na tym jej włosy, gdy zahaczyła o kilka spinek, uwalniając spod rygorystycznej fryzury kilka pojedynczych loków. I duma. Ta była w rozsypce na podłodze.
Poprawiła resztę ubioru zanim rzeczywiście spojrzała w swoje odbicie w lustrze, a odbicie – jak to zwykle miało w zwyczaju – spojrzało na nią. Wyjątkowo zresztą krytycznie. Stała jak nieporadna ptaszyna w tej swojej wetkniętej w spódnicę jasnej, satynowej halce na cieniutkich ramiączkach. Bardziej jak strach na wróble niż dziedziczka Crouchów.
Mogłaby przysiąc, że źle związany gorset pozostawił na jej żebrach siniaki, ale nie planowała w tym momencie się przesadnie oglądać i zamartwiać. To by wymagało poważniejszej gimnastyki.
- Dopiero teraz do mnie dotarło, że mogłem stąd wyjść.
- No cóż…- Zaczęła, ale żaden sensowny argument nie przyszedł jej do głowy. Przygryzła wnętrze policzka, dusząc wszystkie cisnące się na usta komentarze. A przy okazji to mało wyjściowe parsknięcie śmiechem.- Najlepsze pomysły to z reguły te spóźnione. Może się Pan już obrócić. Bez obaw, wyglądam całkiem… przyzwoicie?- Znak zapytania na końcu był wyraźnie słyszalny w jej głosie. Ciężko powiedzieć, gdzie leżała granica, bo w skali od „kompletnie naga, taka jak ją Bogini Matka stworzyła” po „opancerzona w szaty jak mugolska zakonnica” Lorien aktualnie balansowała gdzieś po środku. Zwłaszcza, że zdjęty gorset leżał porzucony obok krzesła nieopodal. Musiała znienawidzoną częścią garderoby rzucić w między czasie i oczywiście nie trafić. To też się bohaterkom romansów nie zdarzało. Przynajmniej halka nie była przeźroczysta, a spódnica trzymała się dzielnie.
Dziewczyna nie odwróciła się jeszcze od lustra, próbując ocenić szkody. Przygładzić choć trochę włosy. Światło lampki dosięgało też jej oczu. Ludzie lubili się nad nimi rozpływać. Nad ich chłodną, wręcz nienaturalną barwą. Zupełnie jakby nic innego w przyrodzie nie było aż tak niebieskie. Kompletna bzdura.
Oczywiście, że musiał zwrócić akurat na to uwagę. Jak każdy. – Przemknęło jej przez myśl. Gdyby nie te cholerne oczy można by nawet odnieść wrażenie, że jest normalna. Nie miała przyklejonej do czoła tabliczki z napisem „ofiara śmiertelnej klątwy – należy zachować ostrożność”. Może mogłaby nawet udawać, że… Nie. Co za głupi pomysł.
- Doprawdy? Wybaczy Pan nie miałam okazji się dokładnie przyjrzeć, ale wydawało mi się, że nie ma Pan zielonych oczu…- Stwierdziła zaczepnie.
edit:
Ale na dalsze zaczepki już nie było więcej czasu, bo chyba nawet miała coś dodać, gdy jak na zawołanie, z korytarza usłyszała całkiem donośne:
- Loricina! Jesteś tu?
Twarz dziewczęcia pojaśniała słysząc znajomy głos. No cóż, dziwaczne randez-vous z muzykiem, musiało zaczekać na inną, może lepszą okoliczność.
- Pan wybaczy, signore Dagienhardtio! Obowiązki i goście wzywają. Powinien pan spróbować tortu. Słyszałam, że w lukrze można się wręcz zakochać do obsesji.- Powiedziała jeszcze miękko, zawieszając głos na tyle, by mógł sobie kontekst dopowiedzieć sam. Wyglądał na zdolnego chłopca,
Przestała walczyć z włosami, po prostu wyciągając wszystkie spinki i spineczki z fryzury, pozwalając lokom opaść na wątłe ramiona. Rzuciła niepotrzebne wsuwki na blat toaletki. Zostawiła na miejscu też swój gorset.
Nie był jej potrzebny, a do założenia nowej sukienki na pewno znajdzie się ktoś chętny. Na to nie narzekała.
- Udanej zabawy, signiore Briello. Taka noc w Keswick nie zdarza się codziennie.
Nie czekając na dalszą odpowiedź, wyszła z pomieszczenia.
Jęknęła w duszy na samą myśl, że na pewno gdzieś już istniało tanie, aczkolwiek bardzo poczytne romansidło dla podstarzałych kur domowych z identycznym motywem. Bogata, choć zbuntowana panienka umyka w środku nocy z przyjęcia, znużona i osamotniona, po czym w pustym pomieszczeniu natrafia na tajemniczego pianistę z dalekich krajów. I gdy nadejdzie poranek przyjdzie im się pożegnać raz na zawsze, tonąc w tęsknocie i smutku. Ugh.
Tylko dlaczego tym wszystkim bohaterkom nigdy nie cierpła ręka, nie potykały się (jak już to uroczo, niczym nieporadne ptaszyny, wpadając wprost w objęcia wybranków) o własne spódnice, nie nabawiały się odparzeń od niewygodnych butów i nie działał im kompletnie instynkt samozachowawczy, gdy drzwi zostawały za nimi zamknięte na zasuwę.
Pewnie gdyby nie typowy dla romansów plot armor, śmiertelność głównych bohaterek byłaby zatrważająco wysoka.
Lorien lubowała się w słuchaniu opowieści. W smakowaniu emocji ukrytych w słowach i fałszywych zapewnieniach mniej lub bardziej roztropnych koleżanek. Było w tym przeświadczeniu o własnej wyjątkowości coś równocześnie żałosnego i uroczego.
Nie jestem taka jak inne baby, duh. Wolę nosić męskie szaty, grać w Qudditch’a, pluć na odległość i piszczeć, że jak mnie wcisną w obcasy to się zaraz połamię! Spędzam tyle czasu z chłopakami, że czasem zapominam, że nie powinnam zbyt długo spoglądać na złociste loki Anne Slughorn.
Nie jestem taka jak inne moje rówieśniczki. Nie interesują mnie chłopcy. Jestem skupiona na poważnych rzeczach jak nauka. W przyszłości pragnę zostać badaczem kultury i obyczajów małego plemienia goblinów na północnowschodniej, pacyficznej wyspie Punta Puntotiallalea i udaję, że nie płaczę w poduszkę, gdy moje koleżanki z dormitorium opowiadają sobie o randkach w Miodowym Królestwie.
Nie jestem taka jak inne panienki. Marzę o podróżach, o sławie, o wielkim świecie. Wyjdę za mąż za jakiegoś starego, bogatego dziada z tytułem i po prostu poczekam, aż umrze. Potem zamieszkam w willi na Lazurowym Wybrzeżu, albo jeszcze lepiej – pojadę robić karierę aktorki w magikinie do Stanów Zjednoczonych!
Każda jedna i tak kończyła w puli dziczy na sprzedaż – na każdą przychodził czas. Wtedy przychodził czas na wielkie, pełne przepychu licytacje. Która nie grzeszy urodą, ale ma pokaźne wiano; którą wychowano by była w pełni posłuszna woli męża jak pacynka na sznurku; która jest równie piękna co głupia; której w gwiazdach przeczytano, że urodzi samych synów;
Potem szybki ślub, by wkrótce umierać z nudy na przyjęciach charytatywnych i modić się w duchu, by to nie twój syn wsadził swoją śliczną i jakże pustą główkę do ponczu, stając się obiektem pełnych politowania uśmieszków starych ciotek. Żeby to jednak męża tej idiotki Avery (na każdym przyjęciu była taka stereotypowa “panna Avery”, której w dzieciństwie ktoś przeprowadził lobotomię pluszowym dłutem, bo człowiek nie mógłby być tak głupi i pusty, prawda?) znaleziono nieprzytomnego w objęciach służki.
Lorien przełknęła nerwowo ślinę, jakoś tak nieco bardziej nerwowo próbując się wyswobodzić. Równocześnie odliczała w myślach do dziesięciu. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Jesteś oazą spokoju. Nie jestem. Jesteś. Okej. Kontroluj się. Bo jak się dzisiaj przemienisz, ojciec cię prześwięci.
Postanowiła więc, całkiem sensownie, skupić się na swoim towarzyszu. Kontrolnie zerkała, uważnie nasłuchiwała.
- Huh.- Odpowiedziała tylko. Mało precyzyjna była to odpowiedź, bo ciężko stwierdzić czy chodziło jej o wpędzenie do grobu rodziców czy może zszokowanie „swoich” gości czy może była to zwyczajna reakcja na to, że mężczyzna odszedł na bok i aktualnie przeprowadzał inspekcję wyjątkowo tandetnej tapety. To było… miłe, że w ogóle raczył o tym pomyśleć. Mając minimalnie więcej prywatności, zdołała się nareszcie pokracznie wydostać z plątaniny sznurków. – Myślę, że gdyby to dobrze skoordynować i zdjąć gorset przez odpowiednim kawalerem, to można by równocześnie odprawić wesele, pogrzeb i egzorcyzmy, bo matka to by mnie zza grobu prześwięciła. Wyobrażam to sobie, ten utwór jako czysty gwałt na sztuce. Albo jej nowy nurt. Kubizm wśród marszy pogrzebowo-weselnych.- Westchnęła głęboko, nie bez dalszych problemów wydostając się z gorsetu. Najbardziej ucierpiały na tym jej włosy, gdy zahaczyła o kilka spinek, uwalniając spod rygorystycznej fryzury kilka pojedynczych loków. I duma. Ta była w rozsypce na podłodze.
Poprawiła resztę ubioru zanim rzeczywiście spojrzała w swoje odbicie w lustrze, a odbicie – jak to zwykle miało w zwyczaju – spojrzało na nią. Wyjątkowo zresztą krytycznie. Stała jak nieporadna ptaszyna w tej swojej wetkniętej w spódnicę jasnej, satynowej halce na cieniutkich ramiączkach. Bardziej jak strach na wróble niż dziedziczka Crouchów.
Mogłaby przysiąc, że źle związany gorset pozostawił na jej żebrach siniaki, ale nie planowała w tym momencie się przesadnie oglądać i zamartwiać. To by wymagało poważniejszej gimnastyki.
- Dopiero teraz do mnie dotarło, że mogłem stąd wyjść.
- No cóż…- Zaczęła, ale żaden sensowny argument nie przyszedł jej do głowy. Przygryzła wnętrze policzka, dusząc wszystkie cisnące się na usta komentarze. A przy okazji to mało wyjściowe parsknięcie śmiechem.- Najlepsze pomysły to z reguły te spóźnione. Może się Pan już obrócić. Bez obaw, wyglądam całkiem… przyzwoicie?- Znak zapytania na końcu był wyraźnie słyszalny w jej głosie. Ciężko powiedzieć, gdzie leżała granica, bo w skali od „kompletnie naga, taka jak ją Bogini Matka stworzyła” po „opancerzona w szaty jak mugolska zakonnica” Lorien aktualnie balansowała gdzieś po środku. Zwłaszcza, że zdjęty gorset leżał porzucony obok krzesła nieopodal. Musiała znienawidzoną częścią garderoby rzucić w między czasie i oczywiście nie trafić. To też się bohaterkom romansów nie zdarzało. Przynajmniej halka nie była przeźroczysta, a spódnica trzymała się dzielnie.
Dziewczyna nie odwróciła się jeszcze od lustra, próbując ocenić szkody. Przygładzić choć trochę włosy. Światło lampki dosięgało też jej oczu. Ludzie lubili się nad nimi rozpływać. Nad ich chłodną, wręcz nienaturalną barwą. Zupełnie jakby nic innego w przyrodzie nie było aż tak niebieskie. Kompletna bzdura.
Oczywiście, że musiał zwrócić akurat na to uwagę. Jak każdy. – Przemknęło jej przez myśl. Gdyby nie te cholerne oczy można by nawet odnieść wrażenie, że jest normalna. Nie miała przyklejonej do czoła tabliczki z napisem „ofiara śmiertelnej klątwy – należy zachować ostrożność”. Może mogłaby nawet udawać, że… Nie. Co za głupi pomysł.
- Doprawdy? Wybaczy Pan nie miałam okazji się dokładnie przyjrzeć, ale wydawało mi się, że nie ma Pan zielonych oczu…- Stwierdziła zaczepnie.
edit:
Ale na dalsze zaczepki już nie było więcej czasu, bo chyba nawet miała coś dodać, gdy jak na zawołanie, z korytarza usłyszała całkiem donośne:
- Loricina! Jesteś tu?
Twarz dziewczęcia pojaśniała słysząc znajomy głos. No cóż, dziwaczne randez-vous z muzykiem, musiało zaczekać na inną, może lepszą okoliczność.
- Pan wybaczy, signore Dagienhardtio! Obowiązki i goście wzywają. Powinien pan spróbować tortu. Słyszałam, że w lukrze można się wręcz zakochać do obsesji.- Powiedziała jeszcze miękko, zawieszając głos na tyle, by mógł sobie kontekst dopowiedzieć sam. Wyglądał na zdolnego chłopca,
Przestała walczyć z włosami, po prostu wyciągając wszystkie spinki i spineczki z fryzury, pozwalając lokom opaść na wątłe ramiona. Rzuciła niepotrzebne wsuwki na blat toaletki. Zostawiła na miejscu też swój gorset.
Nie był jej potrzebny, a do założenia nowej sukienki na pewno znajdzie się ktoś chętny. Na to nie narzekała.
- Udanej zabawy, signiore Briello. Taka noc w Keswick nie zdarza się codziennie.
Nie czekając na dalszą odpowiedź, wyszła z pomieszczenia.
Koniec sesji