14.01.2023, 17:43 ✶
Pierwszej nocy w szpitalu nie potrafił zasnąć z powodu wciąż pojawiających się koszmarów, każdą kolejną spędził otumaniony eliksirem wywołującym brak snów. Za dnia nudził się niemiłosiernie, wieczorem – gdy w końcu poczuł się lepiej – szwendał się po korytarzach oddziału, gdy na dyżurach było mnie uzdrowicieli i nie zwracali na niego aż takiej uwagi. Zazwyczaj jednak przyjmował gości, którzy raczyli go pretensjami o to, że był zbyt lekkomyślny i wciąż pakował się w kłopoty. Tak jakby dostrzegli to dopiero w momencie, gdy prawie stracił życie.
Im bardziej poprawiał się jego stan zdrowia, tym rzadziej odwiedzała go rodzina, wracając do swoich codziennych obowiązków. A on zyskał trochę oddechu. Nie, mamo, nic mi nie jest. Nie, Nora, nie dotknę więcej czarnomagicznych pułapek. Tak, tato, wrócę do pracy, jak tylko będę mógł. Miał już dosyć zapewniania wszystkich, słowa w większości wypływały z niego same, bez zastanowienia. Słyszeli to, co chcieli, byle tylko nie drążyć tematu. O ile swojej przyjaciółce się nie dziwił, bo zazwyczaj martwili się o siebie nawzajem, tak odwiedzających go codziennie rodziców miał już po dziurki w nosie. Dzisiaj dali mu spokój, dzisiaj miało być lepiej. Ale okazało się, że w szpitalnym sklepiku nie mieli zbyt wiele artykułów zapewniających jakąkolwiek rozrywkę. Nie chciał już prosić stażystów o partię w karty lub szachy, bo mieli zbyt dużo obowiązków na głowie. Nic więc dziwnego, że skończył z książką Lockharta w ręku, nad którą – niestety – zasnął. Chyba bardziej z przemęczenia, niż nudy, ale faktem było, że najnowsze dzieło pisarza w końcu wypadło mu z ręki, lądując gdzieś na podłodze, a nawet ten hałas, który poniósł się echem po nazbyt pustym pomieszczeniu nie zdołał go wybudzić. I chociaż nie wcisnęli mu po raz kolejny eliksiru, wciąż nie miał żadnych snów. Ciemność, pustka. Jak w jego umyśle, gdy tracił przytomność. Czy właśnie tak się czuli ludzie, gdy umierali? Nie czekało ich zupełnie nic, choć według wszelkich legend i wierzeń powinni widzieć bóstwa i wizję lepszego żywota?
Czuł się, jakby zamknął oczy na zaledwie chwilę, choć musiało minąć dużo więcej czasu, nie zdziwiłby się, gdyby i godzina. Nie czuł się ani trochę wyspany, wciąż był osłabiony po utracie krwi i przeżyciach tamtego dnia. Chociaż może tylko mu się wydawało, że się obudził, bo kiedy spojrzał w lewo, dostrzegł przyglądającego się mu Castiela. Nie spodziewał się go tu ujrzeć, biorąc pod uwagę, że nie zajrzał do niego ani razu, odkąd Fergus tu trafił. Związał włosy, całkiem nowa fryzura, która dodawała mu uroku, co tylko potwierdzało, że mogła to być senna mara. Nie widział go wcześniej w takim wydaniu. Ale miał też podkrążone oczy i dość nietęgą minę – oznaka rzeczywistości. Musiał się upewnić, wmawiając sobie, że jeśli na krześle tuż obok niego siedziała postać z jego własnej wyobraźni, to zupełnie nic się nie stanie. Niewiele myśląc wyciągnął zdrową dłoń i trącił jego kolano. Spotkał opór, co zaskoczyło go na tyle, że mimowolnie się wzdrygnął, choć wcale nie zamierzał.
- Jesteś prawdziwy – powiedział cicho, wciąż zachrypnięty po śnie i otumaniony. Cieszył się, że go widzi, ale jednocześnie się tego bał. To zmuszało ich do rozmowy na temat, którego Fergus jeszcze nie był gotowy poruszyć.
Im bardziej poprawiał się jego stan zdrowia, tym rzadziej odwiedzała go rodzina, wracając do swoich codziennych obowiązków. A on zyskał trochę oddechu. Nie, mamo, nic mi nie jest. Nie, Nora, nie dotknę więcej czarnomagicznych pułapek. Tak, tato, wrócę do pracy, jak tylko będę mógł. Miał już dosyć zapewniania wszystkich, słowa w większości wypływały z niego same, bez zastanowienia. Słyszeli to, co chcieli, byle tylko nie drążyć tematu. O ile swojej przyjaciółce się nie dziwił, bo zazwyczaj martwili się o siebie nawzajem, tak odwiedzających go codziennie rodziców miał już po dziurki w nosie. Dzisiaj dali mu spokój, dzisiaj miało być lepiej. Ale okazało się, że w szpitalnym sklepiku nie mieli zbyt wiele artykułów zapewniających jakąkolwiek rozrywkę. Nie chciał już prosić stażystów o partię w karty lub szachy, bo mieli zbyt dużo obowiązków na głowie. Nic więc dziwnego, że skończył z książką Lockharta w ręku, nad którą – niestety – zasnął. Chyba bardziej z przemęczenia, niż nudy, ale faktem było, że najnowsze dzieło pisarza w końcu wypadło mu z ręki, lądując gdzieś na podłodze, a nawet ten hałas, który poniósł się echem po nazbyt pustym pomieszczeniu nie zdołał go wybudzić. I chociaż nie wcisnęli mu po raz kolejny eliksiru, wciąż nie miał żadnych snów. Ciemność, pustka. Jak w jego umyśle, gdy tracił przytomność. Czy właśnie tak się czuli ludzie, gdy umierali? Nie czekało ich zupełnie nic, choć według wszelkich legend i wierzeń powinni widzieć bóstwa i wizję lepszego żywota?
Czuł się, jakby zamknął oczy na zaledwie chwilę, choć musiało minąć dużo więcej czasu, nie zdziwiłby się, gdyby i godzina. Nie czuł się ani trochę wyspany, wciąż był osłabiony po utracie krwi i przeżyciach tamtego dnia. Chociaż może tylko mu się wydawało, że się obudził, bo kiedy spojrzał w lewo, dostrzegł przyglądającego się mu Castiela. Nie spodziewał się go tu ujrzeć, biorąc pod uwagę, że nie zajrzał do niego ani razu, odkąd Fergus tu trafił. Związał włosy, całkiem nowa fryzura, która dodawała mu uroku, co tylko potwierdzało, że mogła to być senna mara. Nie widział go wcześniej w takim wydaniu. Ale miał też podkrążone oczy i dość nietęgą minę – oznaka rzeczywistości. Musiał się upewnić, wmawiając sobie, że jeśli na krześle tuż obok niego siedziała postać z jego własnej wyobraźni, to zupełnie nic się nie stanie. Niewiele myśląc wyciągnął zdrową dłoń i trącił jego kolano. Spotkał opór, co zaskoczyło go na tyle, że mimowolnie się wzdrygnął, choć wcale nie zamierzał.
- Jesteś prawdziwy – powiedział cicho, wciąż zachrypnięty po śnie i otumaniony. Cieszył się, że go widzi, ale jednocześnie się tego bał. To zmuszało ich do rozmowy na temat, którego Fergus jeszcze nie był gotowy poruszyć.