Wesele było świetne, ale mogłoby być genialne gdyby tylko miał szansę zobaczyć jak w końcu z Atreusa wyszła prawdziwa świnia. Pewnie zaśmiałby się w głos jako pierwszy i jako ostatni ruszałby mu z pomocą, chociaż rozpraszał całkiem nienajgorzej. No chyba, że ktoś zaśmiałby się z Bulstroda głośniej, niż on. Wtedy najpierw musiałby takiego delikwenta wyprosić za bramę, bo tylko on może się nabijać ze swojego kumpla, nikt inny. Na koniec, ewentualnie, mógłby wyciągnąć pana bohatera z tarapatów, jeśli nikt wcześniej nie zdążyłby z zaklęciem. Pewnie by tak było, gdyby w tym czasie nie musiał poprawiać pracy po partaczach i przypilnować obsługi, żeby niczego więcej nie spieprzyła.
Jakiś dureń na kuchni otwierając skrzynki z alkoholem, wymieszał importowane francuskie specjały z tymi barowymi ściekami od Shafiqów. Niewiele brakowało, a kelnerzy podaliby te pomylone mizerności reklamując je jako prawdziwy Kir Roytal podarowany od rodziny Lestrangów. Więc Lou osobiście musiał dokonać inspekcji kilku nieetykietowanych butelek, by potwierdzić autentyczność rozlewanego szampana. Przy okazji w odpowiednim dla siebie tonie oburzonego paniczyska zrugał od najgorszych obsługę zaplecza, żeby dobrze wiedzieli gdzie ich miejsce i dlaczego są tutaj, kiedy lepsi od nich mogą się bawić.
Nic dziwnego, że wracając na zabawę miał na twarzy już delikatny rumieniec, który niezbyt zauważalnie, ale jednak wybijał się na jego zimnej cerze. Bąbelkowa słodycz potrafiła szybko uderzyć do głowy, za to przynajmniej szybko się wyluzował i zapomniał o incydencie sprzed chwili. Pora w końcu na odrobinę zabawy, pogadać z kimś, przecież było tu tyle znajomych, że zabawa gwarantowana. No i kiedy tylko złapał wzrokiem ulubionego blondaska, od razu podbił.
- A Ciebie ktoś zamienił? - dopytał kurtuazyjnie, z lekkim niedowierzaniem. Uśmiech rósł mu miarowo z każdym kolejnym zdaniem wypowiedzianym przez przyjaciela. Dopiero teraz zaczął żałować, że tyle go ominęło. - Słuchaj, ja zawsze wiedziałem, że w Tobie drzemie jakiś zwierzak. Nie wiedziałem tylko, że aż taki parchaty. - zaśmiał się na koniec. Nawet nie musiał się zagłębiać za mocno z jakiego powodu doprawiono mu kopytka do tych rąk i ramion. To było zabawne samo w sobie.
Rozejrzał się dookoła za pozostałymi gośćmi w poszukiwaniu znajomych twarzy, w grupie to zawsze raźniej. Zamiast tego dostrzegł wielki obraz naścienny, z namalowanym w rzeczywistych proporcjach Perseusza i Vesperę jako szczęśliwie narzeczeństwo, który delikatnie dryfował wokół pozostałych prezentów. - Oho patrzy tylko, jak się mój ojciec wykosztował na tego masztalerza! - zawołał do kumpla, klepnął go ramię i wskazał palcem na prezent dla pary młodej od rodziców Lestranga. On też zerknął, ale szybko dostrzegł, że obraz wcale nie lewitował, tylko powoli wyrastało mu coś pokracznego niby na kształt kończyn, przez co zaczął się w ślimaczym tempie oddzielać od góry podarków od pozostałych gości. - Co jest grane? Zapytał głupkowato, zamiast cokolwiek zrobić, przyglądając się jak otępiały, nie mogąc za bardzo dowierzać temu co widział.