Victoria była czasami irytująco wręcz bystra i spostrzegawcza, a czasami koszmarnie niedomyślna – jak zresztą teraz, kiedy cały czas pewna, że chodzi o tę jej przypadłość, nie załapała komplementu, który Flint próbował przemycić.
– Och, naprawdę? – nie powinna się temu tak być może dziwić, nieraz widziała przecież, jak mężczyźni się za nią oglądają, czasami to też słyszała i niby była świadoma swojej urody, lecz nie przykładała do tego aż tak dużej wagi. I chyba słyszała to za rzadko od osób, od których chciała to słyszeć, łatwo można było więc stracić tę pewność siebie, a już zwłaszcza działo się to w ostatnim czasie. Piękno było względne, lecz kto nie chciał się podobać innym… Victorii zrobiło się więc jednocześnie głupio, że nie załapała od razu, i miło – bo to był bądź co bądź komplement. Nigdy też nie była tak próżna, by sądzić, że mogłaby się Dægberhtowi podobać bardziej, niż jego była żona. – Dziękuję – za taki komplement należało podziękować, tym bardziej że skojarzenie z Włochami też jej się spodobało. Pasowała tam – tak czuła, chociaż może było to wrażenie złudne, bo była tam raptem dwa dni na krótkim wypadzie z Laurentem. – Bardzo mi się tam podobało, niedawno byłam na Sycylii – ale pewnie też wiele osób by się z Dægberhtem nie zgodziło, bo tylko przed bliskimi jej ludźmi odkrywała tę swoją wcale nie taką chłodną i zdystansowaną naturę.
Być może źle się wyraziła i niedostatecznie dobrze się zrozumieli, ale Berht był jej pierwszym wyborem jeśli chodziło o egzorcyzmy. Lecz jeśli by go nie było – to wszak szukałaby pomocy u kogoś innego, nie zostawiłaby tego problemu tak, jak był, bo chciała się pozbyć lokatora na gapę.
– To w sumie trochę zabawne, bo jakiś czas temu z Brenną miałam podobną rozmowę. Coś jest z tym pokoleniem nie tak, nauczeni, by się kłaniać teraz myślą, że ich dzieci będą robić dokładnie to samo. Ale wydaje mi się, że są popsuci i nie potrafią inaczej – nie mogła oczywiście mówić o wszystkich i za wszystkich, a jedynie o tych, których widziała na własne oczy, albo o swojej rodzinie czy gdzieś tam znajomych… Niezaprzeczalnie była to prawda, a przynajmniej wedle jej własnego kodeksu i zdania.
Victoria przez moment przyglądała się, jak Dægberht siłował się z poltergeistem, by wydobyć go z wąskiej kratki, ale po chwili rzeczywiście znalazła się w kuchni, gdzie machnięciami różdżki wprawiła w ruch czajnik, który napełnił się wodą, a potem sam podleciał pod ogień, który zresztą zmusiła do tego, by był cieplejszy, a woda szybciej się nagrzała. Tak samo z szafki wyleciał porcelanowy dzbanek i puszka z herbatą, skąd nasypała się odpowiednia ilość. Znajdowała się właśnie dokładnie pod salonem i musiałaby być głucha, żeby nie słyszeć tych krzyków i syków, i aż głośniej wypuściła powietrze przez usta, kiedy zły duch darł się o porwaniu dziecka. W środku nocy. Z westchnieniem przywołała srebrną tacę, na której nalazła się też miseczka z ciasteczkami, filiżanki i spodeczki do nich, cukiernica, łyżeczki i wszystko czekało tylko na dzbanek z herbatą. I po chwili, gdy woda już się zagotowała, Victoria złapała tacę w ręce i teleportowała się na górę, by zobaczyć sam koniec tego przedstawienia, gdzie kotów już dawno nie były, bo zwiały gdzieś, gdzie było znacznie spokojniej. Ciemnowłosa z gracją położyła tacę na stoliku i wyprostowała się, a Dægberht zdmuchnął ogień i nagle zrobiło się tutaj tak… dziwnie cicho.
– Udało się? – zapytała cicho, nie ośmielając się podnieść głosu.