14.01.2023, 20:52 ✶
Póki pilnował regularnego oddychania to jako tako dało radę opanować swoje emocje. Uczucie mógł porównać do utrzymywania głowy nad wodą podczas gdy podwodny wir próbował wciągnąć na samo dno, które to ochoczo ostatnio zwiedzał.
- Pytałeś mnie ostatnio o duchy i parę dni temu prawie umarłeś. Nie o mnie tutaj masz się martwić. - zwrócił mu uwagę na pewną nieścisłość tych słów. Czy to przypadek, że tak ciekawił go ten temat a chwilę później niemal skończył jako brutalnie wyrwana część duszy zmuszona do pozostania na ziemi jako dawny cień samego siebie. Może to początki zapędów samobójczych? Nie chciał jego troski bo to Fergus skończył najgorzej ze wszystkich. Do tej pory nie może pozbyć się tego widoku sprzed oczu. Głupi był bo wydawało mu się, że potrafi sobie poradzić ze stresem związanym z zagrożeniem życia wszak widział śmierć swej matki i co więcej, był tym "silniejszym", który wspierał przerażoną siostrę. Teraz okazywało się, że to kłamstwo. Myśl o utracie bliskiej osoby napawała go zimnym strachem, który wciąż tkwił skryty w jego mimice.
- To dobrze, że skończy się tylko na bliźnie. - pokiwał powoli głową i ugryzł się w język aby nie wspomnieć mu, że mógł skończyć po stokroć gorzej gdyby Brenna nie przybiegła na czas. Nie powinien narażać swojego życia w towarzystwie Castiela. Teoretycznie zajmował się ratowaniem ludzi przed działaniem klątw, wyrywał ich ze szponów czarnomagicznego paskudztwa... ale wtedy miał więcej czasu na rozeznanie. Fergus mu tego nie dał, zaczął od razu umierać. Może powinien rozważyć zmianę zawodu klątwołamacza... może faktycznie się do tego nie nadawał? Najwyraźniej potrzebował porażki aby to zrozumieć. Zapisał w pamięci jego niemrawy uśmiech, którego nie potrafił odwzajemnić. Choć próbował to usta nie chciały się ułożyć w nic innego poza cienką zaciśniętą linią.
- Cóż, według słów twojego ojca sprowadzam cię na złą drogę. Czarna kawa to chyba najmniejszy problem. - odezwał się zgryźliwie na myśl o krótkiej acz piekielnej rozmowie z jego zdenerwowanym rodzicielem. Przy okazji mógł odkryć po kim Fergus ma tak krótkie nerwy. Ten temperament musiał podchodzić od ojca.
Pochylił się lekko aby oprzeć łokcie o swoje kolana i tak przyglądał się plastikowemu kubkowi. Miał ochotę wyciągnąć rękę i zająć miejsce tego kubka lecz zacisnął je w pięść i podparł o nią brodę. Nigdy nie sądził, że będzie tym złym co sprowadza nieszczęście. Całe życie nosił rolę ułożonego, posłusznego chłopaczka, takiej cichej wody, która brzegi rwie. Zastanawiał się czy faktycznie wszyscy wokół mają rację i powinien zastanowić się nad sobą, swoją pracą.
Atmosfera gęstniała kiedy obaj zamilkli. Przez ten czas pilnował swojego oddechu bo dzięki temu trzymał w ryzach zdenerwowanie. Co miał mu powiedzieć? Nie znajdował słów. Myślał, że gdy spotkają się to dozna olśnienia i będą mogli przepracować to wydarzenie lecz okazywało się, że jego głowę dopadała pustka.
Chciał zaprzeczyć, wybielić Fergusa, zapewnić, że jest niewinną ofiarą. Powinien to zrobić bo tak nakazywało wychowanie. Niestety ale nie potrafił zignorować goryczy towarzyszącej mu od paru dni. Zamknął oczy kiedy gorąc niepokoju omiótł jego kark. Przynajmniej Fergus zdawał sobie sprawę, że rozpoczął to nieszczęście.
- Fakt, schrzaniłeś to. - usłyszał swoje cierpkie słowa i aż wykrzywił się w grymasie niezadowolenia. Wyprostował plecy i oparł pięść o swoje udo a drugą rękę zmusił do rozprostowania palców.
- A potem schrzaniłem ja. Nie powinienem cię z tym zostawiać nawet na chwilę. - czy dostatecznie mocno stłumił w sobie złość czy tylko wydawało mu się, że słowa zaczynają nią ociekać?
- Gdybym przypuszczał... - potarł palcami swoje powieki, brwi, zbierając słowa w całość. - Wszyscy wieszają na mnie psidwaki i wylewają na mnie pomyje bo ci zaufałem, Fergus. - podniósł wzrok na jego ciemne oczy za którymi tak tęsknił. Nawet jego imię nie brzmiało odpowiednio w jego ustach.
- Przez moje zaufanie prawie straciłeś życie. - teraz już nie umiał kryć złości. Nie można oczekiwać po nim cudów. - Nie było mnie tylko dwie minuty. Dwie, Fergus. - teraz w głosie słychać było żal, może cień rozpaczy, niedowierzania. Potrzebował wyjaśnienia dlaczego podszedł do artefaktu, czemu tak brutalnie zniszczył zaufanie, które mu ofiarował. Ten błąd kosztował Olivandera zdrowie a Castiela być może zawodową przyszłość. Fergus nie zdążył się dowiedzieć ile znaczy dla niego praca, nie poznał treści jego badań, ambicji. Czy przez tę chwilę zaufania miał to utracić już na zawsze?
- Pytałeś mnie ostatnio o duchy i parę dni temu prawie umarłeś. Nie o mnie tutaj masz się martwić. - zwrócił mu uwagę na pewną nieścisłość tych słów. Czy to przypadek, że tak ciekawił go ten temat a chwilę później niemal skończył jako brutalnie wyrwana część duszy zmuszona do pozostania na ziemi jako dawny cień samego siebie. Może to początki zapędów samobójczych? Nie chciał jego troski bo to Fergus skończył najgorzej ze wszystkich. Do tej pory nie może pozbyć się tego widoku sprzed oczu. Głupi był bo wydawało mu się, że potrafi sobie poradzić ze stresem związanym z zagrożeniem życia wszak widział śmierć swej matki i co więcej, był tym "silniejszym", który wspierał przerażoną siostrę. Teraz okazywało się, że to kłamstwo. Myśl o utracie bliskiej osoby napawała go zimnym strachem, który wciąż tkwił skryty w jego mimice.
- To dobrze, że skończy się tylko na bliźnie. - pokiwał powoli głową i ugryzł się w język aby nie wspomnieć mu, że mógł skończyć po stokroć gorzej gdyby Brenna nie przybiegła na czas. Nie powinien narażać swojego życia w towarzystwie Castiela. Teoretycznie zajmował się ratowaniem ludzi przed działaniem klątw, wyrywał ich ze szponów czarnomagicznego paskudztwa... ale wtedy miał więcej czasu na rozeznanie. Fergus mu tego nie dał, zaczął od razu umierać. Może powinien rozważyć zmianę zawodu klątwołamacza... może faktycznie się do tego nie nadawał? Najwyraźniej potrzebował porażki aby to zrozumieć. Zapisał w pamięci jego niemrawy uśmiech, którego nie potrafił odwzajemnić. Choć próbował to usta nie chciały się ułożyć w nic innego poza cienką zaciśniętą linią.
- Cóż, według słów twojego ojca sprowadzam cię na złą drogę. Czarna kawa to chyba najmniejszy problem. - odezwał się zgryźliwie na myśl o krótkiej acz piekielnej rozmowie z jego zdenerwowanym rodzicielem. Przy okazji mógł odkryć po kim Fergus ma tak krótkie nerwy. Ten temperament musiał podchodzić od ojca.
Pochylił się lekko aby oprzeć łokcie o swoje kolana i tak przyglądał się plastikowemu kubkowi. Miał ochotę wyciągnąć rękę i zająć miejsce tego kubka lecz zacisnął je w pięść i podparł o nią brodę. Nigdy nie sądził, że będzie tym złym co sprowadza nieszczęście. Całe życie nosił rolę ułożonego, posłusznego chłopaczka, takiej cichej wody, która brzegi rwie. Zastanawiał się czy faktycznie wszyscy wokół mają rację i powinien zastanowić się nad sobą, swoją pracą.
Atmosfera gęstniała kiedy obaj zamilkli. Przez ten czas pilnował swojego oddechu bo dzięki temu trzymał w ryzach zdenerwowanie. Co miał mu powiedzieć? Nie znajdował słów. Myślał, że gdy spotkają się to dozna olśnienia i będą mogli przepracować to wydarzenie lecz okazywało się, że jego głowę dopadała pustka.
Chciał zaprzeczyć, wybielić Fergusa, zapewnić, że jest niewinną ofiarą. Powinien to zrobić bo tak nakazywało wychowanie. Niestety ale nie potrafił zignorować goryczy towarzyszącej mu od paru dni. Zamknął oczy kiedy gorąc niepokoju omiótł jego kark. Przynajmniej Fergus zdawał sobie sprawę, że rozpoczął to nieszczęście.
- Fakt, schrzaniłeś to. - usłyszał swoje cierpkie słowa i aż wykrzywił się w grymasie niezadowolenia. Wyprostował plecy i oparł pięść o swoje udo a drugą rękę zmusił do rozprostowania palców.
- A potem schrzaniłem ja. Nie powinienem cię z tym zostawiać nawet na chwilę. - czy dostatecznie mocno stłumił w sobie złość czy tylko wydawało mu się, że słowa zaczynają nią ociekać?
- Gdybym przypuszczał... - potarł palcami swoje powieki, brwi, zbierając słowa w całość. - Wszyscy wieszają na mnie psidwaki i wylewają na mnie pomyje bo ci zaufałem, Fergus. - podniósł wzrok na jego ciemne oczy za którymi tak tęsknił. Nawet jego imię nie brzmiało odpowiednio w jego ustach.
- Przez moje zaufanie prawie straciłeś życie. - teraz już nie umiał kryć złości. Nie można oczekiwać po nim cudów. - Nie było mnie tylko dwie minuty. Dwie, Fergus. - teraz w głosie słychać było żal, może cień rozpaczy, niedowierzania. Potrzebował wyjaśnienia dlaczego podszedł do artefaktu, czemu tak brutalnie zniszczył zaufanie, które mu ofiarował. Ten błąd kosztował Olivandera zdrowie a Castiela być może zawodową przyszłość. Fergus nie zdążył się dowiedzieć ile znaczy dla niego praca, nie poznał treści jego badań, ambicji. Czy przez tę chwilę zaufania miał to utracić już na zawsze?