27.08.2024, 22:34 ✶
Demolowanie baru być może byłoby bardziej męskie, lecz w jaki sposób wpłynęłoby na postrzeganie Charlesa przez innych? Tu wszyscy się kojarzyli - nawet nie znali, a kojarzyli. A Mulciber podawał im kolejne informacje o sobie samym na tacy. Zachowywał się jak dziecko. Lecz czy w tym żalu nie był właśnie tym: dzieckiem? Dzieckiem odtrąconym przez ojca? Zdradzonym na poczet jego brata bliźniaka? Czyż nie powinien być dla swojego rodzica najważniejszą osobą w życiu?
Jeżeli chodziło o Richarda, to Lestrange podejrzewał, że jedyną osobą, którą on tak naprawdę kochał, był Robert. Nie Charles, nie Scarlett, nie Leonard, a tylko i wyłącznie Robert. Podejrzewał, że ten konkretny Mulciber nie był zdolny do miłości wobec kogokolwiek innego. Nie znał Richarda za dobrze, lecz to nie przeszkodziło mu wyrobić sobie negatywnej, mocnej opinii na jego temat. Przecież właśnie z tego powodu postanowił zaczepić jego syna.
Nie pierwszy raz Lestrange leżał na podłodze. Całkiem niedawno wylądował przecież z Morpheusem na ziemi, wspaniałomyślnie obracając ich ciała podczas lotu, by to on sam przyjął pierwszy, bolesny kontakt z twardą posadzką. Teraz jednak tego nie zrobił: być może nie starczyło mu czasu, a być może po prostu był zbyt zaskoczony i nie spodziewał się, że Mulciber był aż tak pijany, że po prostu runie jak długi, ciągnąc go za sobą. Gdyby okoliczności były bardziej spokojne, zapewne uznałby to za świetny dowcip i przepiękną metaforę, bo zadawanie się z Mulciberami zawsze ciągnęło na dno. Problem w tym, że jego sięganie dna pociągało: jak inaczej wytłumaczyć tę cholerną słabość, którą miał do całej tej rodziny?
- Wszystko w porządku? - jeden z mężczyzn wstał, bo to o ich stolik się wywrócili. Piwa rozlały się po blacie, alkohol popłynął spienionym strumieniem na podłogę. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest zły, ale jakoś jeszcze trzymał nerwy na wodzy. Może usłyszał ich nazwiska, a może sam kiedyś był w podobnym wieku? - Twój kolega chyba musi przystopować.
Charles i Rodolphus szybko zostali postawieni do pionu. Nie wiedzieć kiedy pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn, którzy dźwignęli Mulcibera na nogi. Rolph wstał sam, chociaż skorzystał z pomocy.
- Co ty nie powiesz... - mruknął ni to w odpowiedzi do nieznajomego, ni do Mulcibera. Rozmasował sobie bolący nadgarstek, a następnie gładkim ruchem wślizgnął się pod rękę Charlesa. Był bardzo wysoki, lecz to stanowiło w tej chwili atut, bo Mulciber mógł po prostu się na nim uwiesić. Jedną dłonią przytrzymał jego rękę, a drugą: talię. - Zabieram go. Dopisz panów do rachunku, ale tylko to, co stracili w wyniku... Niefortunnego potknięcia.
Zaznaczył, bo - zapewne słusznie - podejrzewał że jego dobre serce pewnie zostałoby wykorzystane. Zrobił pewny krok, najpierw jeden, potem drugi. Charles nie był specjalnie ciężki, lecz taszczenie pijanego bez względu na płeć było dość trudnym zajęciem. Nie chciał jednak wspomagać się magią, a przynajmniej nie w pubie. Być może na ulicy, jak uda im się wyjść.
- Jak ojciec zobaczy cię w tym stanie, oboje stracimy głowy - szepnął mu do ucha, a chociaż wizja wkurwionego Richarda była cholernie kusząca, to jednak Lestrange miał plan. A ten plan zakładał, że jeszcze się z Charlesem pobawi w dobrych przyjaciół. A jaki dobry przyjaciel odstawiłby kumpla pod dom jego starego, gdy ten kumpel jest najebany w trzy dupy? - Zabieram cię do siebie. Powinienem mieć coś, co postawi cię na nogi.
Odkąd z Lorraine wykonywali dla Roberta jedno zadanie, cholernie spodobał mu się pewien eliksir. Postanowił zrobić mały research wśród swojej rodziny, a chociaż teraz mieszkał u Nicholasa, to zadbał o to, by na wszelki wypadek kilka buteleczek znalazło się w jego starym mieszkaniu na Horyzontalnej. Tam właśnie skierował się niezwykle powolnym krokiem, z Charlesem uczepionym jego szyi.
Jeżeli chodziło o Richarda, to Lestrange podejrzewał, że jedyną osobą, którą on tak naprawdę kochał, był Robert. Nie Charles, nie Scarlett, nie Leonard, a tylko i wyłącznie Robert. Podejrzewał, że ten konkretny Mulciber nie był zdolny do miłości wobec kogokolwiek innego. Nie znał Richarda za dobrze, lecz to nie przeszkodziło mu wyrobić sobie negatywnej, mocnej opinii na jego temat. Przecież właśnie z tego powodu postanowił zaczepić jego syna.
Nie pierwszy raz Lestrange leżał na podłodze. Całkiem niedawno wylądował przecież z Morpheusem na ziemi, wspaniałomyślnie obracając ich ciała podczas lotu, by to on sam przyjął pierwszy, bolesny kontakt z twardą posadzką. Teraz jednak tego nie zrobił: być może nie starczyło mu czasu, a być może po prostu był zbyt zaskoczony i nie spodziewał się, że Mulciber był aż tak pijany, że po prostu runie jak długi, ciągnąc go za sobą. Gdyby okoliczności były bardziej spokojne, zapewne uznałby to za świetny dowcip i przepiękną metaforę, bo zadawanie się z Mulciberami zawsze ciągnęło na dno. Problem w tym, że jego sięganie dna pociągało: jak inaczej wytłumaczyć tę cholerną słabość, którą miał do całej tej rodziny?
- Wszystko w porządku? - jeden z mężczyzn wstał, bo to o ich stolik się wywrócili. Piwa rozlały się po blacie, alkohol popłynął spienionym strumieniem na podłogę. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest zły, ale jakoś jeszcze trzymał nerwy na wodzy. Może usłyszał ich nazwiska, a może sam kiedyś był w podobnym wieku? - Twój kolega chyba musi przystopować.
Charles i Rodolphus szybko zostali postawieni do pionu. Nie wiedzieć kiedy pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn, którzy dźwignęli Mulcibera na nogi. Rolph wstał sam, chociaż skorzystał z pomocy.
- Co ty nie powiesz... - mruknął ni to w odpowiedzi do nieznajomego, ni do Mulcibera. Rozmasował sobie bolący nadgarstek, a następnie gładkim ruchem wślizgnął się pod rękę Charlesa. Był bardzo wysoki, lecz to stanowiło w tej chwili atut, bo Mulciber mógł po prostu się na nim uwiesić. Jedną dłonią przytrzymał jego rękę, a drugą: talię. - Zabieram go. Dopisz panów do rachunku, ale tylko to, co stracili w wyniku... Niefortunnego potknięcia.
Zaznaczył, bo - zapewne słusznie - podejrzewał że jego dobre serce pewnie zostałoby wykorzystane. Zrobił pewny krok, najpierw jeden, potem drugi. Charles nie był specjalnie ciężki, lecz taszczenie pijanego bez względu na płeć było dość trudnym zajęciem. Nie chciał jednak wspomagać się magią, a przynajmniej nie w pubie. Być może na ulicy, jak uda im się wyjść.
- Jak ojciec zobaczy cię w tym stanie, oboje stracimy głowy - szepnął mu do ucha, a chociaż wizja wkurwionego Richarda była cholernie kusząca, to jednak Lestrange miał plan. A ten plan zakładał, że jeszcze się z Charlesem pobawi w dobrych przyjaciół. A jaki dobry przyjaciel odstawiłby kumpla pod dom jego starego, gdy ten kumpel jest najebany w trzy dupy? - Zabieram cię do siebie. Powinienem mieć coś, co postawi cię na nogi.
Odkąd z Lorraine wykonywali dla Roberta jedno zadanie, cholernie spodobał mu się pewien eliksir. Postanowił zrobić mały research wśród swojej rodziny, a chociaż teraz mieszkał u Nicholasa, to zadbał o to, by na wszelki wypadek kilka buteleczek znalazło się w jego starym mieszkaniu na Horyzontalnej. Tam właśnie skierował się niezwykle powolnym krokiem, z Charlesem uczepionym jego szyi.
Koniec sesji