28.08.2024, 21:39 ✶
Morpheus Longbottom nie wyglądał może w tamtych czasach najpokaźniej, ale hej, wciąż się rozwijał. Na pewno jeszcze wyskoczy wzwyż, nabierze mięśni i będzie walczył w klubie pojedynków aż miło. A jeśli nie… jeśli nie, to był to problem Godryka Longbottoma, nie Woody’ego.
— Może tobie tak mówi, ale nie mierz wszystkich swoją miarą — obruszył się, gdy bezczelne szczenię mu odpyskowało. — Rodzice są ze mnie bardzo dumni, dziękuję za troskę.
I była to — odłożywszy na bok nieco niepoważne usposobienie i mierny zapał do nauki — prawda. Przynajmniej na tamten moment. Syn skończył szkołę, dostał dobrą pracę, idąc w ślady ojca, ożenił się i przy rodzinnych obiadach nie kręcił nosem, gdy pytano go o wnuki. Czegoż więcej państwo Longbottom mogliby chcieć?
Nie powstrzymywał brata, gdy ten zdecydował się wziąć sprawy w swoje ręce. Kostka wyglądała w końcu niewinnie, tak? Mimo przekomarzanek nie był towarzystwu Morpheusa wcale przeciwny, choć nieco urągało mu, że taki mały glut zdaje się lepiej orientować w sytuacji niż on. Tak już miało zresztą pozostać do końca ich dni, bo Woody — choć dobry śledczy i wcale nie aż taki półgłówek, na jakiego czasem się kreował — niekoniecznie miał cierpliwość do rzeczy, które wymagały złożonej i wymagającej analizy oraz dbałości o detal.
— Oczywiście, że wiem, że to kość do tworzenia sigili — zadeklarował od razu. — Ile toto może mieć niby kombinacji? — Pochylił się nad ramieniem Morpheusa. — Do rozpykania w jedno popołudnie.
W tym układzie starszy z Longbottomów był rycerzem buław. Rozpędzonym złotowłosym młodzieńcem gotowym wyrwać rozwiązanie z kostki brutalną siłą: poprzez okładanie jej metaforyczną pałą, czyli wprowadzanie zmian w układzie do skutku. Pewny swojego zwycięstwa, pełen zapału, rozgrzany do walki.
— To moja praca domowa — zełgał gładko bez chwili zawahania, powieka mu przy tym nie drgnęła. — Czasem je dostajemy, żeby trenować. W tej robocie główka musi pracować. — Popukał się palcem wskazującym w skroń.
— Może tobie tak mówi, ale nie mierz wszystkich swoją miarą — obruszył się, gdy bezczelne szczenię mu odpyskowało. — Rodzice są ze mnie bardzo dumni, dziękuję za troskę.
I była to — odłożywszy na bok nieco niepoważne usposobienie i mierny zapał do nauki — prawda. Przynajmniej na tamten moment. Syn skończył szkołę, dostał dobrą pracę, idąc w ślady ojca, ożenił się i przy rodzinnych obiadach nie kręcił nosem, gdy pytano go o wnuki. Czegoż więcej państwo Longbottom mogliby chcieć?
Nie powstrzymywał brata, gdy ten zdecydował się wziąć sprawy w swoje ręce. Kostka wyglądała w końcu niewinnie, tak? Mimo przekomarzanek nie był towarzystwu Morpheusa wcale przeciwny, choć nieco urągało mu, że taki mały glut zdaje się lepiej orientować w sytuacji niż on. Tak już miało zresztą pozostać do końca ich dni, bo Woody — choć dobry śledczy i wcale nie aż taki półgłówek, na jakiego czasem się kreował — niekoniecznie miał cierpliwość do rzeczy, które wymagały złożonej i wymagającej analizy oraz dbałości o detal.
— Oczywiście, że wiem, że to kość do tworzenia sigili — zadeklarował od razu. — Ile toto może mieć niby kombinacji? — Pochylił się nad ramieniem Morpheusa. — Do rozpykania w jedno popołudnie.
W tym układzie starszy z Longbottomów był rycerzem buław. Rozpędzonym złotowłosym młodzieńcem gotowym wyrwać rozwiązanie z kostki brutalną siłą: poprzez okładanie jej metaforyczną pałą, czyli wprowadzanie zmian w układzie do skutku. Pewny swojego zwycięstwa, pełen zapału, rozgrzany do walki.
— To moja praca domowa — zełgał gładko bez chwili zawahania, powieka mu przy tym nie drgnęła. — Czasem je dostajemy, żeby trenować. W tej robocie główka musi pracować. — Popukał się palcem wskazującym w skroń.
piw0 to moje paliwo